Nk on-line

Jaki wódz – taki ruch

21/03/2017

/o „Dekadzie przełomu”

Michała Siermińskiego/

 

W polskiej, lewicowej narracji teoretycznej od lat już brakuje dojrzałego namysłu nad najnowszą historią. Historia – zwłaszcza kiedy dotyczy okresu Polski Ludowej - najczęściej rozpatrywana jest w perspektywie czarno-białych porównań i zestawień, które służyć mają uproszczonym celom polityki bieżącej. W wyniku „przepisania historii na nowo” powstał przy tym zdecydowanie fałszywy obraz polskiej transformacji i jej głównych bohaterów, na czym z kolei oparła się niezwykle rozbudowana potransformacyjna mitologia rodząca mitomanię.

Historyczna ignorancja często spotyka się w Polsce z brakiem politycznej i teoretycznej odwagi, która umożliwiałaby dokonanie rozsądnej i racjonalnej oceny polskiej przeszłości. Powstała na gruncie prawicowej hegemonii politycznej ideologiczna fiksacja na punkcie dawnej (antykomunistycznej) Solidarności doprowadziła też część lewicy do ślepego uwielbienia jej przywódców, spychając na bok rozumną ocenę transformacji i powodując, że doktrynerski antykomunizm, czy lewicującą apoteozę Solidarności część osób uznało za najbardziej radykalną, a nawet jedyną możliwą, formę kontestacji współczesnego systemu czy świata w ogóle.

Książka Michała Siermińskiego to pierwsza w najnowszej historii próba rzetelnego rozpoznania i rozliczenia się z faktycznymi poglądami politycznymi dawnych solidarnościowych przywódców o lewicowej orientacji.[1] Książka w sposób bezpośredni przedstawia ideową historię przywódców polskiej opozycji i ukazuje ich faktyczne, niemistyfikowane poglądy. Obraz ten zasadniczo przekreśla też związki tych autorów i działaczy z jakkolwiek rozumianym marksizmem, a nawet w ogóle z szerszą lewicową refleksją.

 „Dekada przełomu[2] to książka, której autor odważnie postawił sobie za cel polityczny i ideowy obrachunek z przywódcami tzw. lewicowej opozycji związanych z Solidarnością, ukazując ich zresztą przede wszystkim w świetle ich własnych słów, przemyśleń i politycznych deklaracji. To napisana żywym i pełnym pasji językiem praca, której przedmiotem zainteresowania jest okres poprzedzający powstanie samej Solidarności, kiedy to wykluwały się główne polityczne idee jej późniejszych przywódców, którymi „przesiąknęła” później sama Solidarność.

Leszek Kołakowski – dusza teologiczna

Michał Siermiński na swój teoretyczny warsztat bierze poglądy postaci kluczowych dla działającej w latach 60-tych, 70-tych i 80-tych tzw. „lewicy opozycyjnej”[3]. Analizie poddaje przy tym przede wszystkim trzech głównych „lewicowych” aktorów przemian dzięki którym możliwa stała się restauracja kapitalizmu w Polsce: Jacka Kuronia, Adama Michnika i Leszka Kołakowskiego.

Badanie ewolucji poglądów politycznych „opozycjonistów” Siermiński rozpoczyna od szczegółowej analizy przemiany stanowiska filozofa, Leszka Kołakowskiego – wyróżniając go w ten sposób z uwagi na fakt, że posiadał on szczególnie duży wpływ na całą „lewicową opozycję”.[4]

Zdaniem Siermińskiego Kołakowski rozstał się ideowo z marksizmem już na długo przed marcem 1968 roku[5]. Lata 70-te były natomiast dla Kołakowskiego okresem, w którym, jak twierdzi autor książki, usiłował on ostatecznie i bezwarunkowo pozbawić wszelkiej wartości wszystko to, co związane było z marksizmem[6]. Działanie to było częścią antymarksistowskiej kampanii, którą wprost rozpoczął na emigracji. Prezentujące i oceniające marksizm prace filozofa nie były w związku z tym marksistowskim dorobkiem, lecz jawną, ideologiczną próbą pogrzebania marksizmu dokonywaną z perspektywy otwartego wroga poglądów Marksa i zwolenników jego myśli. Kołakowski, wedle własnych deklaracji, jawi się jako radykalny antysocjalista, który jednoznacznie odrzuca praktycznie cały marksizm – kategorycznie dystansując się przy tym także od marksistowskich, czy lewicowych środowisk na samym kapitalistycznym Zachodzie. Wedle deklaracji filozofa-emigranta marksizm, jako forma myślenia i działania odbiera bowiem wolność, prowadzi ku totalitaryzmowi i stanowi nieomalże przedsionek syberyjskiego piekła. Zdaniem Kołakowskiego każdy marksizm prędzej czy później kończy się też w sposób nieunikniony stalinizmem. Pisze on wręcz, że:

Teoria [Marksa] nadająca proletariatowi przywileje poznawcze kulminuje w stwierdzeniu, że towarzysz Stalin nigdy się nie myli. I nie ma w tym równaniu nic niemarksistowskiego. [7]

Michał Siermiński ukazuje też filozoficzną i teoretyczną próżnię oraz niemoc Kołakowskiego, który wielokrotnie obwieszcza ostateczny kres marksizmu – twierdząc przy tym, że sam marksizm to forma karykaturalnej religii[8]. Kołakowski wprost opowiada się też oczywiście przeciwko socjalizmowi, piętnuje nawet samą instytucję państwa (rozumianego choćby na sposób liberalny), stwierdzając, że każda forma regulacji dokonywana przez państwo odbywa się kosztem wolności.[9] Tego rodzaju (neo)liberalny światopogląd Kołakowskiego prowadzi go też do odkrycia, że zniesienie konkurencji w gospodarce prowadzi do osłabienia twórczości oraz postępu – to zniesienie konkurencji zarzuca on oczywiście samemu socjalizmowi, a „konkurencję” utożsamia z kapitalizmem. Kołakowski zarzuca też socjalistom utopijność choć jednocześnie sam przedstawia socjalizm na sposób skrajnie naiwny i utopijny, czyniąc to zresztą na potrzeby propagandy, pełnej politycznych deklaracji i fałszywych świadectw:

[…] socjalizm nie może polegać na „zaspokajaniu wszystkich potrzeb” w dosłownym sensie, leczy tylko na sprawiedliwej organizacji niedostatku […]. Ideał równości doskonałej, to jest równego udziału wszystkich we wszystkich dobrach, niezależnie od pracy, jest nie tylko ekonomicznie niewykonalny, ale jest wewnętrznie sprzeczny, albowiem doskonała równość jest wyobrażalna tylko w warunkach skrajnego despotyzmu, a despotyzm zakłada co najmniej nierówność w tak podstawowych dobrach, jak udział we władzy i dostęp do informacji ([…] w rzeczywistości więcej równości oznacza więcej państwa, a równość absolutna – państwo absolutne).[10]

W taki właśnie sposób Kołakowski obala „marksizm”, czy też raczej wyimaginowaną przez siebie dziecięcą wersję poglądów „socjalistycznych” – zwolenników równości określa zaś mianem apostołów despotyzmu. Co istotne, filozof jawi się przy tym, jako praktycznie otwarty wróg postulatu równości społecznej i zamierza z nią walczyć. W podobny sposób – na co zwraca Siermiński - filozof sprzeciwia się też teologii wyzwolenia, czy ideom socjalizmu demokratycznego. Portret Kołakowskiego pióra Siermińskiego przedstawia więc polskiego filozofa, jako ideologa właśnie, a i to nie najwyższego lotu. W wyniku lektury „Dekady przełomu” staje się też jasne, że Kołakowski w teatralny wręcz sposób wywoływał ciągłe wrażenie braku większego pojęcia czym jest marksizm i (zapewne świadomie) prezentował fałszywą wiedzę na temat prac Karola Marksa i kontynuatorów tradycji marksistowskiej. Działanie to stanowi najpewniej dobrze wyreżyserowany atak polityczny, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że w tym samym czasie i w Polsce, i na całym świecie marksizm jako teoria filozoficzna i społeczna, miał się świetnie, występując w bardzo zaawansowanej i rozwiniętej formie zarówno u nas, jak w Europie, czy w Stanach Zjednoczonych.

Podsumowując polityczne poglądy filozofa Siermiński opisuje też późniejszą rolę Kołakowskiego w wydarzeniach potransformacyjnych, stwierdza, że jego światopogląd przechodził dalej w otwarty konserwatyzm, a ogół jego wysiłków zmierzał przede wszystkim do pacyfikowania nastrojów społecznych i cementowania potransformacyjnej liberalnej wizji systemu społecznego. Uwagi te stają się szczególnie cenne jeśli prześledzimy całą intelektualną podróż Kołakowskiego – okazuje się on bowiem być najbardziej konsekwentnym spośród filozoficznych przeciwników marksizmu, zaś jego poglądy ewoluowały w miarę potrzeb „obozu opozycyjnego”, jednoznacznie przy tym i to od dawna sytuując się w kręgu zachodniej wersji kapitalistycznego parlamentaryzmu.

Jacek Kuroń – neoliberalne ciało

Kolejną postacią, której polityczną ewolucję opisuje Michał Siermiński jest Jacek Kuroń.

Najbardziej rozpoznawalnemu „lewicowemu opozycjoniście” autor „Dekady przełomu” poświęca przy tym naprawdę dużo uwagi, nie zostawiając przy tym na nim „suchej nitki”. Siermiński już na wstępie wykazuje, że odejście od marksizmu i lewicowości dokonało się u Kuronia na długo przed pojawieniem się samej Solidarności. Jacek Kuroń, jako czołowy przywódca tzw. „lewego skrzydła” Solidarności, już bardzo wcześnie skłaniał się ku poglądom antysocjalistycznym i rewizjonistycznym, co stwierdza Siermiński prezentując transformację poglądów „zawodowego opozycjonisty”:

Mówiąc ogólnie, dla autorów Listu[11] panujący w Polsce system jest zły, gdyż nie spełnia własnych obietnic – a więc przede wszystkim dlatego, że nie znosi podziałów klasowych w społeczeństwie. Niemal nic z tego, co zostało powiedziane [w Liście – dop. T.K] nie przetrwało przełomu siódmej i ósmej dekady XX wieku; w pismach Kuronia z lat siedemdziesiątych zmieniają się zarówno język czy metoda analizy, jak i podstawowe diagnozy polskiej sytuacji…[12]

Autor konkluduje:

W okresie, na który przypadają rządy Edwarda Gierka, Kuroń określa panujący w Polsce system jako bezwzględnie „totalitarny” […] W jego tekstach i wypowiedziach oznacza to, że władza ma całkowity monopol gospodarczy, polityczny i informacyjny, dzięki czemu z łatwością doprowadza do „maksymalnego podporządkowania sobie życia każdego obywatela”.[13]

Tego rodzaju ocena sytuacji Polski Ludowej wiąże się u Kuronia z nad wyraz pozytywną oceną kościoła katolickiego, który zdaniem Kuriona „może konsekwentnie przeciwstawiać się totalitaryzmowi[14]. Jak pokazuje Siermiński, podróż od swego rodzaju pseudotrockizmu do prokapitalistycznego parlamentaryzmu przebiega u Kuronia niezwykle jawnie i w kilku zaledwie krokach. Tworząc podwaliny pod własne stanowisko Kuroń od pewnego momentu otwarcie opowiada się też za liberalizmem politycznym, pisze równie wprost o opozycyjnych organizatorach skupionych wokół Solidarności i o ich bardzo konkretnej roli:

Są względnie niezależni, jest ich niewielu i mogą się porozumieć bez pośrednictwa środków masowego przekazu, posiadają kwalifikacje i wreszcie – liberalne hasło wolności jest dla tej grupy społecznej    programem politycznym. Na koniec, choć to nie mniej ważne, ich głos jest dobrze słyszalny w tej części świata, w której wyznaje się liberalne wartości.[15]

W dalszych rozważaniach Michał Siermiński interpretuje ewolucję poglądów Jacka Kuronia, stwierdzając, że już w dekadę po opublikowaniu „Listu otwartego do partii” światopogląd jego autora był światopoglądem liberalnym. Siermiński przytacza też kolejne słowa Kuronia, gdzie ten wprost opowiada się za ostatecznym obaleniem systemu Polski Ludowej przy jednoczesnym braku własnego programu:

Programu naprawy opozycja wysunąć nie może, bowiem nie chce i nie może zaakceptować systemu. […] [Jednak] ruch rewindykacji ma szansę być skuteczny nawet wówczas, gdy nie zaproponujemy jego programu.[16]

Oceniając poglądy Jacka Kuronia autor „Dekady przełomu” pisze też:

Jednym z najważniejszych celów Kuronia jest zagwarantowanie, że z „totalitarnego” porządku „realnego socjalizmu” zrodzi się ustrój demokracji parlamentarnej, a nie stan „anarchii” wywołany przez rewolucję społeczeństwa, które nie jest w stanie rządzić się samodzielnie.[17]

Dla Kuronia celem podstawowym była więc walka o upragnioną demokrację parlamentarną rodem wprost z kapitalizmu oraz walka przeciwko samemu socjalizmowi. Równie zdecydowanie Kuroń działał też na rzecz utrzymania kontroli swojego politycznego obozu nad całą Solidarnością. Od pewnego momentu Jacek Kuroń nieomalże otwarcie lobbuje też za restauracją kapitalizmu, choć wydaje się nie mieć w tej kwestii spójnego stanowiska. Jak pisze Siermiński powątpiewa nawet, czy w państwach Zachodu w ogóle występują jeszcze stosunki kapitalistyczne:

[…] w wysoko uprzemysłowionych krajach, zwanych przez niektórych kapitalistycznymi, prywatna własność w sferze wytwarzania nie odgrywa dziś praktycznie żadnej roli. Dominują tam wielkie, scentralizowane organizacje, w których własność, zresztą zespołowa, jest oddzielona od zarządzania.[18]

Z czasem jednak lider „lewicowej opozycji” rozwija swój prokapitalistyczny pogląd i praktycznie wprost opowiada się za potrzebą prywatyzacji:

W odniesieniu do gospodarki zapewne trzeba będzie zmierzać do ograniczenia stopnia koncentracji decyzji, poprzez szerokie dopuszczenie prywatnych inicjatyw (handel, drobna wytwórczość, usługi) oraz znacznie szersze dopuszczenie i popieranie spółdzielczości, poprzez wzmacnianie roli rynku w kierowaniu gospodarką – i to nie tylko rynku indywidualnego konsumenta, ale także środków  produkcji, kapitałów, inwestycji […][19]

Nieco dalej, jak wskazuje Siermiński, Jacek Kuroń ubolewa nad tym, że ewentualne przyszłe władze nie będą mogły zrezygnować z systemu państwowej opieki społecznej, wielokrotnie gubi się też we własnych programach oraz pomysłach i stwierdza choćby, że rozrost konsumpcji wzmacniał będzie rolę państwa:

Nie ulega wątpliwości, że społeczeństwo polskie uznało państwową opiekę społeczną za stan normalny. Będziemy więc musieli doskonalić ten system, ale nie będziemy mogli z niego zrezygnować. Dodajmy, że w społeczeństwie polskim już od lat występuje silne dążenie do osiągnięcia poziomu konsumpcji zgodnego ze standardem Europy Zachodniej i związana z tym presja będzie w procesie demokratycznym wzrastać. W ramach ładu demokratycznego presja ta będzie wzmacniać państwo w jego funkcjach ekonomicznych i socjalnych.[20]

W późniejszym podsumowaniu Michał Siermiński zwraca uwagę na łatwość z jaką sam Jacek Kuroń zaakceptował późniejszy neoliberalny kształt restauracji polskiego kapitalizmu. Czytelnika to nie dziwi, zwłaszcza w następstwie przeprowadzonych przez autora „Dekady przełomu” wnikliwych analiz dotyczących lat wcześniejszych. Siermiński relacjonuje przykładowo rozmowę Jacka Kuronia z architektem polskiej transformacji, Jeffreyem Sachsem, który Kuronia opisał, jako „jednego z najwspanialszych ludzi, jakich w życiu spotkał”.[21] Wspierający neoliberalizm Kuroń samodzielnie akceptuje plan neoliberalnej transformacji i prywatyzacji, po 1989 roku wprost krytykuje też „bierność, bezmyślność, przeciętność, czy lenistwo”, do których jego zdaniem prowadził poprzedni system „pełnego bezpieczeństwa socjalnego” (który Kuroń traktuje teraz wręcz wrogo)[22]. Już w trakcie transformacji Kuroń twierdzi też, że „im więcej pomocy społecznej, tym mniej ludzkiej aktywności i tym gorsze społeczne efekty”, a jeszcze pod koniec 1991 roku, doceniając „dokonania” autora gospodarczych przemian stwierdza „[…] nie ulega wątpliwości, że Balcerowicz tym, co osiągnął, wchodzi do historii Polski, jest ważnym bohaterem narodowym.”[23]

Kuroń-transformator radykalnie rozprawia się też z robotnikami i ich rolą, stwierdzając:

Oni czują się oszukani i mają po temu różnorodne racje. W komunizmie ogłoszono ich przewodnią siłą narodu, hegemonem, twórcą dziejów. Ich rzeczywiste położenie różniło się wprawdzie znacznie od tego, które przypisywali im przywódcy partii i odświętna propaganda, jednak w porównaniu do innych grupa ta była uprzewilejowana. Płacowo i nie tylko.[24]

Oraz z samą teorią marksizmu:

Nagle, gdy już „Solidarność” w czerwu 1989 roku zwyciężyła w wyborach, gdy powołano rząd z solidarnościowym premierem, okazało się, że wraz z unieważnieniem fałszywej teorii marksizmu przestała istnieć klasa robotnicza i tym samym przestała być „kierowniczą siłą narodu”. Bardzo długo nie docierało to do świadomości działaczy robotniczej „Solidarności”.[25]

Podsumowując późniejsze poglądy Jacka Kuronia autor „Dekady przełomu” stwierdza też, że głoszony przez dawnych opozycjonistów upadek realnego socjalizmu i ogłoszenie końca mitu klasy robotniczej służyły za poręczne usprawiedliwienie transformacji ustrojowej oraz związanej z nią prywatyzacji. Wszystko to odbiera „zawodowemu opozycjoniście” Kuroniowi miano zwolennika jakiegokolwiek programu lewicy, stawiając go przy tym w jednym rzędzie ze wszystkimi odpowiedzialnymi za prywatyzację i całą polską katastrofę lat 90-tych.

„Ludowładztwo” kontra inteligencja

Niewątpliwie najbardziej teoretyczny i filozoficzny charakter w książce Michała Siermińskiego ma zawarta w pracy specyficzna teoria konfliktu społecznego. Zdaniem autora osią historycznego konfliktu w Polsce jest przedstawiana przez niego opozycja ludowładztwa i intelektualizmu. Przy czym ludowładztwo to żywiołowe wystąpienia robotników i ich samoistne organizowanie się, intelektualizm zaś reprezentują paternalistyczni intelektualiści, którzy jako osobna klasa ostatecznie zdradzają robotników w kluczowych dla dziejów momentach. Siermiński wystąpieniom Solidarności, które w znacznej mierze po prostu obywały się bez programu lub legitymizowały się programem opozycyjnej inteligencji znajdującej się u steru, przypisuje istotną, choć zupełnie niesprecyzowaną wartość, która jego zdaniem najprawdopodobniej wiązała się z potencjałem bliżej nieokreślonej „rewolucji”. Zdrada ze strony „własnej” inteligencji miała jednak ostatecznie przypieczętować losy Solidarności i jakże łatwo oszukać miliony jej działaczy.

Dekada przełomu” ciążarem swego materiału dowodowego z całą pewnością uzasadnia, że restauracja kapitalizmu była nieunikniona skoro w kierownictwie Solidarności oraz w opozycji dominowała wrogość wobec socjalizmu, a nawet praw socjalnych, służebność w stosunku do kościoła, konserwatyzm, czy tęsknota za Zachodem, w tym zwłaszcza za kapitalistyczną demokracją parlamentarną, która „lewicowej opozycji” jawiła się jako odtrutka na krwiożerczy „sowiecki totalitaryzm” Polski Ludowej epoki Gierka. Pozostaje jednak pytanie czy sama Solidarność, pozbawiona programu i celu o socjalistycznej i rewolucyjnej treści oraz takiego kierownictwa, posiadała jakiś rewolucyjny potencjał? Czy robotnicze wystąpienia równają się wystąpieniom rewolucyjnym? Na te pytania autor nie udziela odpowiedzi.

Wydaje się jednak oczywiste, że gdyby tylko ówczesne, protestujące w imieniu Solidarności masy pracownicze posiadały świadomość realnie socjalistyczną, zdolną do organizacji rewolucji socjalistycznej, czy instalacji „ludowładztwa” lub systemu władzy rad to żadna grupa młodzieżowych działaczy nie byłaby w stanie wyprowadzić takich mas w pole, czy też ich oszukać. Istotną nauką jest w tym przypadku Rewolucja Październikowa, kiedy to narastająca rewolucyjna i socjalistyczna świadomość mas robotniczych połączyła się z socjalistyczną i rewolucyjną świadomoscią wnoszoną do ruchu przez zawodowych rewolucjonistów-organizatorów. Przypadek ten dowiódł, że oblicze kierownictwa jest przynajmniej częściowym obliczem samego ruchu społecznego. W przypadku Solidarności nie mieliśmy do czynienia nawet z takimi istotniejszymi podziałami w obrębie ruchu, które mogłyby świadczyć o istnieniu w nim jakiejś znaczącej, socjalistycznej, czy rewolucyjnej frakcji. Masy skupione wokół Solidarności w sposób wątpliwy występują więc w roli „oszukanych”, bardziej przypominając częściowo nieświadomego (cierpiącego na pomroczność jasną) wspólnika w zbrodni, który do transformacji dołożył swoje, działając na zasadzie syndromu sztokholmskiego i zgodnie z antykomunistyczną i konserwatywno-religijną polityczną orientacją, która była wówczas linią dominującą i jedyną, która urosła na sprzeciwie wobec systemu realnego socjalizmu.

W przypadku Solidarności okazuje się raczej, że nie było ani rewolucyjnego kierownictwa, ani rewolucyjnych mas, a cały ruch był przede wszystkim wielkim chaosem skierowanym „przeciwko”, który koncentrował się wokół ideologii kościelnych i szeroko rozumianych antyrządowych postulatów. Brak spójnego planu, który „liderom” Solidarności zarzuca na kartach swej książki Michał Siermiński nie dotyczył więc wcale wyłącznie „liderów” tego ruchu. Niesłuszne jest też podkreślane stanowisko autora, który zdaje się nie dostrzegać, że pracownicy wykwalifikowani, umysłowi, a więc „inteligencja” w szerokim planie przynależą do klasy pracującej, klasy pracowników najemnych i całego proletariatu. Wprowadzenie uproszczonych wizji „walk elit z ludem” rodem z myśli Pareto[26], to podejście obce marksizmowi i rzetelnej, materialistycznej analizie. Konflikty na linii przywódcy – masy w łonie lewicowej opozycji należałoby więc analizować raczej przez pryzmat sprzeczności, które pojawiły się w łonie całej klasy pracującej, która żyła w okresie Polski Ludowej, z koniecznym odniesieniem do stratyfikacji płac, pozycji społecznych, czy potencjalnych profitów czekających na odłamy tych klas w razie upadku socjalizmu i restaurowania kapitalizmu.

Zastanawiające jest też, że władze Polski Ludowej, same zasadniczo odcinając „inteligencję” od sprawowania władzy, ustalając jej płace na poziomie niższym od płac górników działały właśnie w „ludowładczy” i zgubny sposób. Polska opozycyjna inteligencja sprzeciwiając się władzy ludowej i działajac we własnym interesie siłą rzeczy musiała więc przeciwstawić się robotnikom, ponieważ pomiędzy nią i większością klasy pracującej narastały coraz większe sprzeczności. Opozycyjnym inteligentom bez wątpienia bardziej opłacał się upadek realnego socjalizmu. Rola wykształconych kadr menadżerskich i naukowych, i nawet marksistowskich została przez władze PRL wyraźnie ograniczona – zamiast tego „na piedestale” pojawili się sami robotnicy. Jednakże ich pełna ewolucja w stronę świadomości socjalistycznej nigdy się nie dokonała, utrwalono w nich natomiast dogmat katolicko-narodowy, który zrodził zresztą i samą Solidarność. W przypadku realnego socjalizmu źle opłacane kadry kierownicze i naukowe mogły czuć rozczarowanie z uwagi na swoją niższą - także ideologicznie - pozycję w stosunku do „prostego robotnika”, którego otoczono prawie kultem… Czy może więc dziwić, że znaczna część polskiej inteligencji z utęsknieniem patrzyła na Zachód i niespecjalnie zależało jej na obronie socjalizmu? I czy może dziwić, że polskie masy pracujące, które same nie posiadały światopoglądu socjalistycznego, poszły ślepo za tym, co później narzuciła im „inteligencka opozycja”, idąca w ślad neoliberalnego kapitalizmu połączonego z ideologicznym konserwatyzmem polskiego kościoła katolickiego?

W bezpośredniej walce o socjalizm i o rewolucję liczy się bowiem nie przynależność warstwowo-grupowa, lecz „ładunek polityczny” i fakt posiadania określonej, rewolucyjnej tożsamości. W sporze o „ludowładztwo” pojawia się też ogólniejsze pytanie: czy socjalizm jako projekt polityczny jest rzeczywiście wyłącznym projektem spontanicznego i antyinteligenckiego „ludowładztwa”, czy jednak potrzebuje on swoich filozofów, kadr kierowniczych i intelektualistów? To wielokrotnie ponawiany już w przeszłości spór pomiędzy naiwnym i anachronicznym anarchizmem a (jakimkolwiek) marksizmem. Główną zasadą społeczeństwa socjalistycznego jest jego gospodarcze planowanie, które w żaden sposób nie może odbywać się bez odpowiedniego wysiłku naukowego i odpowiednich, bardzo dobrze wykształconych i przygotowanych kadr[27] – to raczej kapitalizm doskonale jest w stanie obejść się bez olbrzymiej większości „inteligencji”, która w systemie rynkowym staje się zbędna i zostaje zastąpiona przez bezwzględne siły kapitalistycznego rynku.[28]

Podejście prezentowane przez autora „Dekady przełomu” momentami przypomina nieco opowieść w stylu „zdradzonych o świcie”, gdzie w buty „zdradzonych” nieco na siłę wsadzani są skupieni wokół Solidarności pracownicy. Przeprowadzona przez Michała Siermińskiego, całościowa krytyka lewicowej, opozycyjnej inteligencji[29] dowodzi jednak, że przywódcy tego ruchu byli dla tego ruchu wrogami w stopniu może nawet większym niż sama władza Polski Ludowej, która do czasu transformacji i do momentu przekazania władzy Wojciechowi Jaruzelskiemu i odebrania jej partii w stopniu znacznie większym broniła robotniczych praw i interesów.

Koniec mitów

Dekada przełomu” to bez wątpienia książka o dużym znaczeniu, a znaczenie to zawiera się przede wszystkim w lekcjach, które współcześni marksiści i działacze mogą wyciągnąć z jej lektury. To też książka interesująca zdecydowanie bardziej dla młodego czytelnika, któremu może pomóc zrozumieć zawiłość i nieoczywisty charakter polskich, kapitalistycznych przemian. Michał Siermiński skutecznie demistyfikuje politykę solidarnościowej, lewicowej inteligencji i skutecznie dowodzi, że nie walczyła ona wcale o rewolucję, czy o socjalizm – lecz przede wszystkim walczyła z władzami Polski Ludowej i opowiadała się wpierw za bliżej niesprecyzowanym programem grupowego awansu, który nie gwarantował wcale ochrony przed restauracją stosunków kapitalistycznych, a później już otwarcie za neoliberalną restauracją kapitalizmu. Autor dobrze i w szczegółowy opisuje też ewolucję i zbliżenie się środowisk Jacka Kuronia, czy Adama Michnika do środowisk polskiego kościoła katolickiego, którego doktryna i polityka dla liderów „lewicowej opozycji” stała się głównym wyznacznikiem moralnym oraz ideologicznym zastępując tradycyjny inteligencki racjonalizm i ateizm.

Głównymi adresatami książki Michała Siermińskiego są bez wątpienia środowiska politycznych spadkobierców Adama Michnika i te skupione wokół Krytyki Politycznej, które wychowane zostały w wierze w lewicowość przywódców prowadzących Solidarność „na barykady” przeciwko realnemu socjalizmowi. Lewicowi i błądzący czytelnicy Leszka Kołakowskiego, czy też sympatycy Jacka Kuronia mogą być zdumieni, że ich bohaterowie wcale nie byli marksistami, rewolucjonistami, socjalistami ani nawet konsekwentnymi socjaldemokratami. Zamiast tego byli raczej pogrążonymi w polskim chaosie ideologami kapitalitycznej restauracji, zorientowanymi jednoznacznie na Zachód liberałami o konserwatywnym światopoglądzie, który łączył ich z kościołem. Z perspektywy czytelnika, który jest już świadom antysocjalistycznego i antylewicowego charakteru Solidarności najciekawsze będą natomiast intelektualne drogi, które pokonali czołowi opozycjoniści – a były to ścieżki od fascynacji Piłsudskim i przedwojenną, zbawiającą świat i romantyczną inteligencją po fascynację społecznymi naukami kościoła. Książka Michała Siermińskiego w sposób twórczy otwiera też debatę nad współczesnym, polskim kapitalizmem, który zdaje się być niechcianym (?) dzieckiem właśnie Michnika i Kuronia. Jednoznacznie pragnęli oni oddać władzę nad Polską siłom kapitalistycznego neoliberalizmu i kapitalistycznego parlamentaryzmu, a rząd dusz podporządkować konserwatywnemu kościołowi, którego głównym zadaniem stało się pacyfikowanie nastrojów społecznych i „oddalanie” ludu od niebezpiecznych idei rodem z socjalizmu.

Dekada przełomu” powstała w środowisku lewicowej inteligencji jest więc niezwykle ważną i bardzo potrzebną pracą, która w sposób bezkompromisowy obnaża kontrrewolucyjny charakter przywódców Solidarości, mistyfikując jedynie nieco polityczny potencjał samego ruchu Solidarości.

Książka Siermińskiego dowodzi także, że młoda, polska lewica i jej nowe pokolenie nie muszą w sposób dogmatyczny i bierny wierzyć w przeszłość, stawiać pomniki czy budować swoją tożsamość w oparciu o minione i zbędne mity. Postawy takie, jak te, które demitologizuje Michał Siermiński nie mają bowiem nam – współczesnym ludziom lewicy i zwolennikom socjalizmu – nic do zaoferowania, a pozbycie się tego obciążającego historycznego balastu to prawdziwa szansa na budowę nowej, mniej dogmatycznej polityki historycznej i filozofii opartej na świeżej i rzeczywistej analizie stosunków klasowych i relacji władzy. To prawdziwa szansa na myślenie bez balastu, bez fetyszyzowania wszelkich elit, pomnikowych postaci czy wystąpień społecznych sprzed 1989 roku… po których rzeczywistym i ważnym dla nas spadkiem pozostają bezrobocie, codzienna niepewność i życie w peryferyjnym, skolonizowanym kapitalizmie pośród setek pomników Jana Pawła II.

Tymoteusz Kochan



[1] Z uwagi na sam charakter pracy i stanowisko autora rzecz można, iż zaznacza się w książce „prymat polityki” nad filozofią, teorią społeczną czy etyką. Można takie stanowisko krytykować, jednak w danym przypadku wydaje się ono wartościowe i skuteczne.

[2] M.Siermiński, Dekada przełomu - polska lewica opozycyjna 1968 – 1980, od demokracji robotniczej do narodowego paternalizmu, KiP, Warszawa 2016.

[3] Za lewicową opozycję autor uznaje m.in. działaczy związanych z KOR-em, a także szerszymi środowiskami inteligenckimi, które w czasach Polski Ludowej w sposób mniej lub bardziej otwarty walczyły przeciwko władzom, uznając ją za „totalitarną”, a później dołączyły do „Solidarności”.

[4] Autor w precyzyjny sposób zwraca też uwagę na to, że ideowy rodowód „lewicowych opozycjonistów” był zakotwiczony w dawnych tradycjach niepodległościowych skupionych wokół PPS-u i jego prawego skrzydła. Postacie takie, jak Jacek Kuroń, czy Adam Michnik wpisywały się też zdaniem autora w szerokie spektrum uwielbienia dla historycznej (hegemonicznej względem reszty społeczeństwa) roli polskich inteligentów - których często postrzegano wtedy, jako ojców-przewodników narodu i postacie wiodące „ciemny lud” ku oświeceniu.

[5] S.83

[6] S.84

[7] S. 101

[8] S. 122

[9] S. 131

[10] S. 126

[11] A więc Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego.

[12] S. 143

[13] S. 144

[14] S. 150

[15] S. 168

[16] S. 178

[17] S. 184

[18] S. 189

[19] S. 193

[20] S. 194

[21] S. 202

[22] S. 203

[23] S. 205

[24] S. 206

[25] S. 206

[26] Co ciekawe – podobny pogląd na sprawę posiadała znaczna część polskich marksistów z lat 50-tych, 60-tych i 70-tych upatrująca mocy sprawczej i nadziei w „prawdziwym, pozbawionym wykształcenia i pozostającym w konflikcie z inteligencją robotniku”. Ci prawdziwi robotnicy stanowiący podporę socjalizmu to wyłącznie niewykwalifikowani pracownicy fabryk.

[27] Podobnie ważny jest udział w tworzeniu społeczeństwa socjalistycznego marksistów – ich rolę może oczywiście i w pewnym stopniu zawsze musi przejąć rewolucyjny proletariat, jednak może to uczynić tylko w sytuacji, kiedy posiada on rzeczywiście marksistowski światopogląd i potrafi zmienić go w skuteczne działanie na rzecz budowy socjalizmu.

[28] O czym boleśnie przekonała się współczesna, polska inteliencja – w dużej mierze wzorowo przestając istnieć.

[29] Należy zwrócić uwagę na fakt, że dla Michała Siermińskiego lewicowa inteligencja w czasach Polski Ludowej to praktycznie wyłącznie siły opozycyjne i związane z „komandosami”, KOR-em, czy grupy o poglądach antyrządowych. Jego analiza nie dotyczy więc polskiego marksizmu i marksistów spoza tej grupy, lecz bardzo wąskiej grupy, którą najbardziej precyzyjnie dałoby się określić, jako lewicującą część inteligencji występującą przeciwko władzom Polski Ludowej i socjalizmowi.

Cytat Mówienie prawdy w epoce zakłamania jest rewolucyjnym czynem. GEORGE ORWELL

Sonda

Czy istnieje wolna wola?

zobacz wyniki