Nk on-line

WSTĘP: UNIEWAŻNIONO ! - (w sprawie przedmowy do polskiego wydania Pour Marx)

07/12/2010

 

- WSTĘP: UNIEWAŻNIONO ! -

(w sprawie przedmowy do polskiego wydania Pour Marx)

 

06.12.2010

najpierw: Najdłużej Przewlekana Zapowiedź

Za późno? A jednak, znajdujemy się we właściwej proporcji! Wszak l’avenir dure longtemps [1] - czego zadziwiające dowody dostarczyło nam swego czasu Wydawnictwo Krytyki Politycznej: przewlekając przez dwa lata (od zapowiedzi) opublikowanie Pour Marx w Polsce.

Już właśnie to mogło budzić spore obawy i wątpliwości [2] : co też tu kombinują „ludzie lewicy” [3] z „Krytyki Politycznej"? W odpowiedzi - notorycznie tłumaczyli się „problemami technicznymi”. No tak... jak nie „natura ludzka” to „technika”. Ulubione preteksty tej strony! Bo czyż można się (w dzisiejszych czasach) na serio przez dwa lata usprawiedliwiać jedynie „wydawniczą techniką”, a równocześnie popisywać refleksem w „przeskakującym” Althussera publikowaniu różnych bajkopisarzy tego świata?

Wiadomo, Pour Marx to potężny cios dla – jak jeszcze tu zobaczymy - wszelkiego „lewicowego” blagierstwa. „Prawicowego” zresztą też... Zbiór esejów stanowiących na gruncie teorii zdecydowane (i zdecydowanie materialistyczne) kontruderzenie wobec idealistycznej i burżuazyjnej ofensywy [4] heglizmu, humanizmu, kulturalizmu, naturalizmu czy ekonomizmu... Były więc powody. Istniał poważny niepokój, że ta książka zostanie „zagarnięta” i ostatecznie nie ukaże się w naszym kraju. Wyglądało na to, że zastosowano tu coś w rodzaju cenzorskiej prewencji. Do tego – myśleliśmy - nawet jeśli ta pozycja zostanie przez nich kiedyś w końcu wydana, to skąd wiadomo, czy nie będzie istotnych manipulacji w tekście w kierunku złagodzenia/wypaczenia? Ostatecznie, już różne frakcje burżuazji próbowały, były - i nadal są - zainteresowane penetrowaniem/osłabianiem marksizmu-leninizmu i ruchu komunistycznego od wewnątrz. Wystarczy przypomnieć chociażby takie historyczne casusy, jak uczynienie z tekstuKrytyki programu gotajskiego swoistej wycinanki, czy też „specjalne” wydanie, a następnie adorowanie Rękopisów z 1844r. Tak, to ich stara świecka tradycja.

Ale, co ostatecznie wynikło z tych obaw? Ktoś by mógł powiedzieć, że nic: niepotrzebne zamieszanie! [5] Książka – lepiej późno niż wcale – została wreszcie wydana [6] , a znamion celowych i znaczących manipulacji w przekładzie raczej nie ma. Oczywiście, można by się było przyczepić do tego, iż tłumaczenia esejów „o teatrze materialistycznym” czy „o humanizmie” [7] są mniej dynamiczne, w sumie – mimo ogólnej degrengolady teoretycznej (przynajmniej w oficjalno-propagandowym wymiarze) „epoki” gierkowskiej – gorsze niż przekłady (tych tekstów) z lat ’70 [8] ; że w ogóle chyba nie zauważono tego, iż przecież tekst „o młodym Marksie” również został niegdyś przetłumaczony i opublikowany w Polsce [9] i że, niestety, jest chyba także lepszy niż tu...

W tych więc miejscach można by mieć zrazu pewne zastrzeżenia. Lecz to są jednak, koniec końców, drugorzędne kwestie i nie ma się co przy nich upierać... W takim razie czapki z głów? Wygląda na to, że pozostałoby nam tylko bardzo dziękować (co i tak, mimo wszystko, oczywiście robimy) – i wcale nie tylko za to, że niegdyś sami (niemalże darmowo [10]) poddaliśmy „Krytyce Politycznej” ten, tak przecież opłacalny i prestiżowy, wydawniczy pomysł pod rozwagę – „pomysł” wydania/spopularyzowania w naszym kraju Pour Marx, tej współczesnej „biblii” marksizmu-leninizmu.

Tymczasem, niestety! - mimo tego, iż rzeczywiście należą się tu duże słowa uznania za (generalnie) uderzający w siebie obiektywizm, złe przeczucia potwierdziły się gdzie indziej. Ma się rozumieć, nie w tym, iż wydaniu tej, bądź co bądź, klasycznej już pozycji - o dziwo - nie towarzyszyła (jak w wielu innych tu przypadkach) żadna ogólnopolska „kampania” seminaryjno-promocyjna, a tym bardziej nie w tym, że nie przygotowano wersji z twardą okładką... Nie w tym wszystkim, no więc gdzie? Otóż w tekście wstępu (z ramienia polskiego wydawnictwa) [11] .

 

potem: Wstęp

Nie będziemy się tu oczywiście rozwodzić nad tym, jak w ogóle dwuznaczna, zwodnicza i przebiegła może być w takich przypadkach (tekstów teoretycznych) „instytucja” wstępu (resp. przedmowy)– oprócz rysu historycznego (ale także z reguły „grzesznego”), łaskawie z wysokości tłumacząca nam, głupim, jak mamy właściwie rozumieć to, co za chwilę przeczytamy; upartym zaś – pozostawiająca w spadku wieczny stempel ich „malkontenctwa” (ilekroć sięgną, a nawet tylko pomyślą o danej pozycji)... Nie będziemy więc omawiać ideologicznej funkcji metatekstu, wystarczy bowiem przyjrzeć się niniejszemu „utworowi”, aby te niebezpieczeństwa wyszły nam tu same.

A tekst to, doprawdy, dziwny. Powierzchownie niby banalnie solidny, lecz gdy się wczytać nieco dokładniej – szaleńczo nieprecyzyjny, chaotyczny, pokrętny (tchórzliwy?) i w sumie kuriozalny. Być może także niebezpieczny... W tych najbardziej węzłowych momentach - co krok czołowe zderzenia, zaprzeczanie sobie, wręcz co chwila niekonsekwencja, mylenie różnych poziomów...

Ciekawe, czy to specjalna „zasłona dymna” (żeby przyciągnąć pod swoje dowództwo jak najwięcej), zwyczajna/zwyczajowa drobnomieszczańska asekuracja (żeby, „jakby co”, móc się zawsze wywinąć – dzięki temu, iż za jednym razem powiedziano tu „i to, i tamto”), rzeczywisty problem niewiedzy, jaki ma „lewica” sama ze sobą, czy też może jednak nieskładna i na oślep, intuicyjna chęć ucieczki z butwiejącej łajby - ucieczki ze strefy wiecznej stagnacji i, jak nam tu powiedziano, impasu? W każdym razie, efekt jest fatalny. I to przy okazji takiego dzieła – taki blamaż!

Trudno. Odważmy się na krótki (ale istotny) rekonesans tych niezwyczajnych stronic.

(de)Mistyfikacja Pytań(a)

Jako motto dla jednego z tekstów w Pour Marx [12] Althusser wybiera pewien fragment zIdeologii Niemieckiej. Przytoczmy go i my, bowiem cały rozpatrywany przez nas wstęp od razu zapada się w ten sam dół:

„Krytyka niemiecka aż do jej ostatnich usilnych prób nie porzuciła gruntu filozofii. Choć daleka była od badania swych ogólnofilozoficznych założeń, to jednak wszystkie jej zagadnienia wyrosły na gruncie pewnego określonego, mianowicie heglowskiego. Nie tylko w jej odpowiedziach, ale już w samych pytaniach tkwiła mistyfikacja” [13] .

Tak więc rozpoczyna się naprawdę dramatycznie... i zupełnie nieadekwatnie - pytaniem: „Co znaczy dzisiaj "lewica"?” ... [14] Mój boże, a cóż nas to może obchodzić? Umarłym pozostawmy grzebanie umarłych! Cóż to może obchodzić akurat czytelników i „zwolenników” Pour Marx? Czy myślicie, że obchodziłoby to również Althussera, filozofa – co łaskawie, aczkolwiek z pewnym zakłopotaniem tu przyznano – nie jakiegoś „lewicowego”, lecz, po prostu, komunistycznego? Chyba tylko przy okazji zwalczania tych uroszczeń, tej inwazji!

I właśnie taki początek stanowi miarę oraz cień dla całej tej przedmowy... Tymczasem przecież Althusser poszukiwał - i ją wykazywał! – właśnie przede wszystkim materialistyczno-rewolucyjnej swoistości nauki Marksa, a nie żadnej tam „lewicy” [15] . Więcej, wielka część jego pracy (w tym i Pour Marx) polegała w pewnym sensie właśnie na dowodzeniu odmienności, wręcz fundamentalnej różnicy marksistowsko-leninowksiej, rewolucyjnej tradycji komunistycznej od idei/pomysłu wszelkiej „lewicy” (a co w istocie oznacza tu ten pseudonim, ujrzymy niebawem). Althussera sytuuje się tu więc na tle obcego kontekstu.

A zatem już na podstawie tej wyjściowej nieprzystawalności - ów wstęp sam się tu poniekąd „unieważnia” i „odrzuca”! Już na wejściu okazuje się zupełnie „nie na miejscu” i zupełnie „nie do czytania” – tym bardziej, że, najwyraźniej, Althussera i Pour Marx potraktowano wulgarnie: jako okazję dla ubicia swojego nie tylko finansowego, ale także i instytucjonalno-ideologicznego interesu, jako okazję, by w serii chybionych pytań-odpowiedzi (w tym i pytań bez odpowiedzi oraz odpowiedzi bez pytań) uzyskać poręczenie dla swego „nieżywego życia” [16].

No ale dobrze, skoro już się tu takie coś znalazło, skoro już podrzucono nam tą „brudną bombę”, to może postarajmy się ją rozbroić: rozpatrzmy ową nieprawomocność od środka... Możemy was zapewnić - również i tu odnajdziemy sporo zabawnych pomysłów, sporo najciemniejszej mistyfikacji...

Podążajmy więc dalej - za (nie całkiem) niemym głosem „lewicy”!

 

(de)Mistyfikacja Odpowiedzi

Otóż po tym „pierwszorzędnym” i od razu – tu – wykolejonym pytaniu (czym jest „lewica”), krytyk rozsuwa nam przed oczami cały tęczowy wachlarz równo-ważnych możliwości (niby) w formie pytań, kończąc również - a jakże! – pytaniem o to, czy ktoś zna odpowiedź (co z tego wybrać? - ale pewnie wszystko, skoro nic nie wybrano i skoro dopuszczono na zupełnie równych prawach wszystkie te możliwości: od uspołecznienia gospodarki do swobody seksualnej i ekologii). Następnie zapewnia się nas, że „problem”, na który wskazują owe pytania („czym jest/może być lewica”) jest „problemem rzeczywistym”, ale że „problem” ten jednak nie leży w tym, iż każdemu „lewica” może się kojarzyć z czymś innym! [17] Bo „lewica” zawsze właśnie była – jeśli w ogóle była (i jest) jednością - czymś „wielonurtowym” i „polemicznym”. I to właśnie niegdyś było ponoć jej siłą, a dzisiaj jest odbierane jako jej słabość, kryzys. Dlaczego? „[...] Przede wszystkim dlatego, że rzadko – zwłaszcza w głównym nurcie polityki - daje się słyszeć autonomiczny lewicowy głos, który wskazywałby ludzkości własny kierunek. Na tyle rzadko, że już prawie oduczyliśmy się go [ten „lewicowy” projekt - D.O.] rozpoznawać” [18] . A jednak... Konsternacja? Zażenowanie? Coś koło tego! Proszę tylko spojrzeć:

Bo, czyli co? Mówi się tu niby o „rzeczywistym problemie”, ale jednocześnie od razu się go kasuje i „rozwiązuje”. Najpierw, w krótkim przebłysku poddaje się nawet (jakże słusznie!) w wątpliwość w ogóle samo istnienie takiej jedności jak „lewica”! Ale zaraz potem dodaje się, że jednak nie ma tu przecież żadnego problemu, bo „lewica” po prostu była i jest „wielonurtowa”. Problemem może być to, że dziś ta różnorodność jest odbierana jako słabość... I zdaje się, że nie może to być jakaś ukryta pretensja do „mediów”, bo przecież skoro „lewica” jest „odbierana”, to znaczy że jednak jest „pokazywana” [19] . Konsekwencją jest tu raczej to, że dziś jest to słabość dlatego, ponieważ „lewica” jest... właśnie różnorodna i nie mówi jednym, autonomicznym głosem. Ale przecież – jak ją tu określono – właśnie w ogóle nie może tego robić!

Wychodzi więc na to, że nawet gdyby „lewica” miała 24h w „mediach” to i tak dalej byśmy nie wiedzieli czym ona jest. „Różnorodność” na powrót, znów okazuje się problemem, problemem okazuje się sama „lewica” – i to zamkniętym (tu) w kręgu samo-rozwiązującego się „perpetuum mobile”: Dlaczego nie wiadomo co to „lewica”? - Dlatego, że nie wiadomo co to „lewica”!... Ale, dajcie spokój, przecież to nie jest odpowiedź na zadane-sobie pytanie! (dlaczego dziś jest to słabość?).

Dopiero w następnym akapicie – i to właśnie jako coś drugorzędnego (wobec „zastrzeżenia” wyrażonego wcześniej, a zaczynającego się słowami: „przede wszystkim dlatego, że...”) [20] - dopiero w następnym akapicie dodaje się, iż ten stan rzeczy (dlaczego dziś- ?/względnie „lewica” jest słaba) był różnie diagnozowany: a to, że albo przez nadmierne przywiązanie do przeszłości (przy czym wyraźnie widać, iż nie chodzi tu o Przeszłość Kapitalizmu, tylko o Jego przeszłość, o przeszłość w ramach kapitalizmu) [21] , a to, że odwrotnie – że przez odrywanie się od swych korzeni rzekomej jedności: komunizmu-anarchizmu-socjaldemokracji, że właśnie wtedy „lewica” usycha... Z kolei inne powody, to takie, że „lewica” jest (dziś?) słaba, bo - albo nadmiernie teoretyzuje, albo właśnie nie, bo „teoretyzowanie” to jej mocna strona oraz atut...

Po tym natomiast - w sprawdzonym już stylu - powiada się nam, że wszystkie te diagnozy są tak samo prawidłowe, a ich problematyczność polega na tym, iż stanowią właśnie składowe impasu/problemu, jakim jest „lewica”, nie zaś szansę na wydostanie się z niego. Wg naszego krytyka spór między tymi diagnozami stał się wręcz „rytualny”. Czy jest jakieś rozwiązanie, jakieś wyjście z zaczarowanego kręgu jedności przeciwieństw? „Trzecia droga”? Teleologiczna negacja negacji?

I teraz, nagła wolta, „skok w bok”: „Lektura pism Louisa Althussera pokazuje, że o dylematach lewicowej polityki można myśleć zupełnie inaczej” [22] ... Już pomijając pytanie, skąd się tu nagle wzięło to określenie – „lewicowa polityka” [23] – pojawia się jakaś iskierka nadziei: „zupełnie inaczej”, zupełnie inaczej niż nam tu nakreślono?... No właśnie – dobry trop! Ale jednak nie: tu chodzi właśnie o te stare „diagnozy”, tylko że jakby zgodzone i zrównoważone (po heglowsku?): np. „lewica” potrzebuje teorii, ale to nie znaczy (tak jakby miało to właśnie znaczyć!) że już tą teorię ma. Taką teorię trzeba dopiero zawsze ciągle budować, co ponoć pokazał nam sam Althusser. I wartość dorobku Althussera (w tym i Pour Marx) miałaby polegać na tym, że dostarczył on „lewicy” narzędzi i inspiracji do dalszej pracy... Faktycznie, „lewicy” Marks, Lenin czy Althusser mogli dostarczyć zaledwie jedynie zawieszonej w próżni – próżnej - „inspiracji”.

Dobrze, co dalej? Kolejne popisy! Otóż mamy znamienny śródtytuł dla następnego fragmentu:Walka o klasy [24] – zupełnie tak jakby o klasy trzeba było walczyć, aby były naszą rzeczywistością! Ale dobrze, może tylko jeśli chodzi o świadomość poprzedzających ją klas... – to rzeczywiście trzeba o nią walczyć... Tymczasem przecież informuje nas się tu, że na „lewicy” klasy są już jednak passé. A w każdym razie, ten pogląd jest tu dopuszczalny zupełnie na równi z poglądem „starej” (i) ponoć „lewicy”: że klasy i walka z kapitalizmem przede wszystkim...

Jeśli – jak nam się tutaj mówi – na „lewicy” toczy się dzisiaj spór o znaczenie podziału klasowego wobec innych konfliktów społecznych oraz o znaczenie ekonomii czy też – produkcji (jej sposobu) w całości życia społecznego, jeżeli można tam powiedzieć, że to właśnie ideologia czy kultura jest „ostatnią instancją” rozstrzygającą [25] - to już mamy miarę rozstępu i oddalenia „lewicy” nie tylko od Marksa, ale i od Althussera! Naprawdę, czyż (już od dawna) nie wiadomo w kręgu jakich sił w ogóle może być podważane istnienie kapitalizmu i walki klasowej na rzecz świadomości, wolnej woli, moralności i obrazów? Stara śpiewka. Wobec tego - coraz lepiej też wiemy tu, czym tak naprawdę jest „lewica”!

Wróćmy do tekstu. Mówi się tam, że Althusser pomaga zobaczyć ten spór (między „nową” a „starą” lewicą) w innej przestrzeni . Tylko, że jeżeli rzeczywiście chodzi o „ten sam spór”, to nie może być tu oczywiście mowy o „innej perspektywy/przestrzeni” [26] – musiałby to być także inny spór! Należałoby powiedzieć raczej, że Althusser niszczy stary „spór” (o ile w ogóle był jakimś sporem, a nie żartem w rodzaju „sporu” czołgu z motylem!). Ale, jeśli nawet - to po co tu w ogóle były przywoływane te „kłopoty z klasami”, skoro i tak dość jednoznacznie pokazuje się (nawet) w tym wstępie Althussera jako tego, który właśnie ostatecznie sytuuje się „po stronie” ekonomicznej determinacji (w ostatniej instancji), „po stronie” walki klas?... Tu wcale nie ma, jak nam to usiłuje co rusz pokazywać krytyk polityczny, jakiejś jedności przeciwieństw czy też „zachowującej syntezy”!

Przecież z twierdzenia, że „sprzeczności ekonomiczne są [...] zawsze obecne i determinujące, tyle że nie zawsze we własnej osobie” [27] nie wynika wcale, że „dlatego polityka od zawsze polega – i zawsze będzie polegać – na budowaniu sojuszy i mozolnym wiązaniu ze sobą różnych roszczeń” [28] . To nieporozumienie! Althusserowi (i w ogóle komunistom) chodzi tu raczej o to, iż przede wszystkim trzeba wypracowywać własną, materialistyczną i rewolucyjno-komunistyczną teorię, ideologię oraz politykę w tych różnych obszarach, przekształcić w ten sposób te dyskursy, te roszczenia i te dramaty [29] - a nie je po prostu zrównywać!

(nie tylko) Praktycznie takie właśnie płyną konsekwencje z (nie tylko) tych esejów Althussera... Natomiast pomysł, że Marksowi-Althusserowi w polityce chodziłoby w pierwszym rzędzie o „sojusze” i „kompromisy” to zwyczajny nonsens: przecież materialność polityki polega właśnie w głównej mierze (m.in.) na walce o zmiany i wyznaczaniu, eksponowaniu czy też akcentowaniu (w tym) granic/różnic! [30]

Althusser, owszem, zdaje tu sprawę (choćby za Leninem) z pewnych „faktów” [31] , lecz – bynajmniej - nie po to, by ulec i się roztopić w świętej rodzince „lewicy”, tylko właśnie po to, żeby się (w tym zamazywaniu) nie pogubić! Przecież Pour Marx była/jest napisana i „skomponowana” również po to, aby pokazać, iż (dojrzały) Marks właśnie nie ma „nic” wspólnego z „lewicą”.

Tego należy się zawsze strzec, gdy „lewica” bierze „w opiekę” teksty komunistów. I, o-ho, już widać na horyzoncie tą egzaltowaną, kiczowatą ideę: wszyscy jesteśmy jedną wielką, świętą „lewicową” rodziną! Ale czytając Pour Marx, a także znając (nieco szerzej) „pole/problematykę Althussera” – od razu możemy odrzucić tą pozornie niewinną propozycję! Nie mamy tu bowiem wcale do czynienia z próbą wywołania (na gruncie teorii) jakiejś „tęczowej” atmosfery, pośród której nareszcie mogliby sobie wpaść w ramiona wszyscy ludzie dobrej woli i zbiorowo, mimo swych ciężkich/podstawowych różnic, rozpoznać się jako owi sławni „ludzie lewicy”. Doprawdy, tkwilibyśmy tu dalej w kręgu kolosalnej nieprzystawalności - podczas gdy dla takiego „pluralizmu” nie ma tutaj zgody!

Stawianie sprawy w ten sposób jest nie tylko że szkodliwe i naiwne, lecz także być może bardzo chytre, albowiem ten skompromit/sowany „sojusz” (np. właśnie jako „lewica”) w praktyce miałby istnieć/istniałby pod przewodem tych, którzy o nim mówili (mówią), którzy go admirowali (admirują), którzy go wysuwali (wysuwają) i organizowali (organizują).

To zupełnie oczywiste.

Idźmy dalej. Fragment zatytułowany Wyścig chomików [32] możemy sobie spokojnie darować, są to bowiem miałkie i zupełnie nieistotne dla tematu impresje. Za to następny (fragment) - od razu ścina z nóg i wprost powala!

 

Co to „Lewica”

Mimo, iż niby już wcześniej otrzymaliśmy dość sporo sygnałów, wręcz dowodów na to, czym tak naprawdę (nie) jest „lewica” (począwszy od chwalenia się wkładem do reformy/wzmocnienia kapitalizmu, a skończywszy na „walce o klasy”) – i zresztą sami to sugerowaliśmy - to tu uzyskujemy tego ostateczne potwierdzenie, wręcz deklarację! Już przecież sam (śród)tytuł jest wielce wymowny: Kłopoty z komunizmem [33] . A zaraz w drugim zdaniu (tej części) pisze, iż „nie da się bowiem ukryć: Louis Althusser był filozofem komunistycznym ..." [34] To straszne. Kto w ogóle śmiał być – wczoraj i dziś - komunistą i dostarczać takich nieprzyjemnych kłopotów „lewicy” (z komunizmem)? A kto chciałby ukrywać lub neutralizować to, iż Althusser był komunistą, jednocześnie go publikując? „Lewica” czy jak? Przecież jeszcze niedawno mówiono nam tu, że „lewica” jest właśnie „wielonurtowa”, „pluralistyczna”, że razem pod ramię kroczy (a raczej zatacza się) tu socjaldemokracja, anarchizm i komunizm!

Jeszcze jeden cytat z tego „ustępu”... Warto go przytoczyć, ponieważ sporo nam wyjaśni. Brzmi on następująco: „Czytając Althussera, nie sposób uniknąć pytania, jakie znaczenie ma dziś dla lewicy tradycja komunistyczna. Najwygodniej byłoby odsunąć to pytanie – komunizm wydaje się dziś dziwadłem z innej epoki. W pewnym sensie w całokształcie lewicowej polityki odgrywa podobną rolę, jak <przegięte>, zniewieściałe cioty w polityce gejowskiej. Kłóci się jakoś z dążeniem do uznania za pełnoprawną część szacownego towarzystwa” [35] . Dalej: „I może właśnie ten kłopot socjaldemokratycznej czy zielonej lewicy ze swym komunistycznym rodzeństwem jest dziś jego najcenniejszym wkładem do wspólnej sprawy. Powołaniem lewicy nie jest bowiem znajdowanie sobie miejsca w świecie, którego same fundamenty są niesprawiedliwe” [36] .

Można skonać ze śmiechu! Już spuśćmy zasłonę milczenia nad tym zawstydzającym językiem rodem z dyskoteki („przegięte cioty”), ale zostało tu jednak powiedziane parę ważnych rzeczy. Otóż warto nie ufać temu niby (auto)ironicznemu tonowi, tej łaskawej nobilitacji. Biorąc pod uwagę całość owej przedmowy, mamy tu do czynienia (co się jeszcze tylko potwierdzi) jedynie z pewną powierzchowną asekuracją. Właśnie słowa protekcji, obrzydzenia oraz ekskluzji wypowiadane o komunizmie przez krytyka politycznego/„człowieka lewicy” należy tu brać dosłownie: jako nieopacznie wypowiedzianą prawdę o tym, gdzie sytuuje się „lewica” i czym ona w istocie jest... Wyłazi szydło z worka!

Ale, na marginesie, trzeba nie mieć naprawdę wstydu, żeby wypisywać dziś takie rzeczy... Dziś, gdy już nawet artyści - czyli ci, którzy mają być może jedno z najprzenikliwszych spojrzeń społecznych - gdy nawet oni („subiektywnie”, najczęściej ukradkowo, nawet niechętnie, mimowolnie czy „nieświadomie”, ale jednak) przyznają [37] , że socjalistyczny świat bez burżuazji był po prostu czymś lepszym... nawet w sztuce (w tym w jej tworzeniu).

Powróćmy jednak do naszych głównych rozważań i zatrzymajmy się dłużej na Kłopotach z komunizmem, ponieważ właśnie tu – jak już wspomnieliśmy - odnajdujemy należyte miejsce do tego, aby nazwać rzecz po imieniu i wyciągnąć „lewicę” z jej własnego „impasu”. Posuńmy sprawę naprzód – tak jak to już nieraz w przeszłości (w szerszym sensie) bywało! [38]

Tak, „lewica” może mieć kłopoty ze sobą, ze swą tożsamością i znaczeniem, ze swą haniebną historią i teraźniejszością, swą rolą quasi-feudalnej osłony kapitalizmu. Zresztą, różne są tu zrywy... Bo „lewica” (i to wręcz te same organizacje!) też czasami np. mówi – niby zupełnie inaczej niż tu - że musi właśnie dopiero walczyć o walkę, o jej w ogóle uznanie, o spór i o tożsamość. Dobrze, „lewica” może musi – w swej desperacji - walczyć o spór i tożsamość (wielkim regresem jest tu np. właśnie choćby tzw. „zwrot teologiczny”), ale nie my. Co więcej – nie musimy (nie możemy!) nawet podążać za niepewnością, „lewicy” co do samej siebie. Tym bardziej jeśli jest to też zwodnicza samo(nie)wiedza: niepewność, która miałaby przyciągnąć pod przywództwo tej strony jak najwięcej sił! A kimże ona jest, ta strona, ci „ludzie”? Próbowaliśmy to określić, ale - „w ostatniej instancji” - przecież sami nam to mówią (mimo tego, iż ich znakiem firmowym jest właśnie zacieranie granic oraz/następnie „poszukiwanie się” w granicach tego zacierania).

Zacznijmy więc od końca, od ostatniego, najmniej „kontrowersyjnego” zdania zapewniającego żarliwie, iż „powołaniem lewicy nie jest [...] znajdowanie sobie miejsca w świecie, którego same fundamenty są niesprawiedliwe” [39] . Lecz i nawet tu „lewica” jest niemalże krańcowo obca Marksowi-Althusserowi: zastępując walkę klas moralnym Powołaniem walczenia przeciw „niesprawiedliwości”. Czyż już w Ideologii Niemieckiej nie zauważono tego, iż fiksacja na punkcie „powołania” jest jeno ideologicznym („świętym”, wyobrażeniowym) wyrazem swych inno-materialnych warunków z pominięciem ich samych? [40] Te zdania to nie tylko apel rzucony z premedytacją dla zmylenia i przyciągnięcia pod swoje władze naiwnych – lecz również potwierdzenie (poprzez właśnie te odwołania do Przeznaczenia i Moralności) swej faktycznej funkcji, którą właśnie jak najbardziej jest: „aktywne” szukanie sobie („dla ludzkości”) miejsca w ramach tak wzmacnianego kapitalizmu.

Lecz przed tym mamy jeszcze coś ważniejszego, mianowicie: kłopot „lewicy” z wpuszczeniem komunizmu do swego salonu (inna sprawa, że „on” się wcale tam nie pcha). „I może właśnie ten kłopot socjaldemokratycznej czy zielonej lewicy ze swym komunistycznym rodzeństwem jest dziś jego najcenniejszym wkładem do wspólnej sprawy”... Otóż tu już nie tylko, że w ogóle pęka pseudopojęcie (sojuszu) „lewica”, ale i – czyż nie jest wprost powiedziane, kogo jest to idea (oraz sposób działania), kto ją wyzyskuje, kto się za tym terminem chciał ukryć/ukrywa. Lewica socjaldemokratyczna i zielona nie ma tu przecież kłopotu z jakąś „lewicą komunistyczną”, tylko właśnie – wprost - z komunizmem!... Tak, „lewica” to fałszywy problem fałszywej próby zbudowania fałszywej jedności, co - koniec końców - właśnie się tu okazało.

Zaiste, jeśli „lewica” jest „impasem”, to socjaldemokratyzm okazuje się jego właściwym, „przemieszczonym” sensem: wyjściem z impasu niemożliwego w stronę prawdziwego. Socjaldemokratyzm bowiem - to największy wróg postępowych zmian! Wilk w owczej skórze.

Ostatecznie, czyż ci, którzy tak bardzo dopominają się o „lewicę” sami tego nie przyznają: tak, jesteśmy pospolitymi socjaldemokratami? [41] Czyż sami nie mówią, że (pośrednio) chodzi tu właśnie o przywództwo/hegemonię Socjaldemokracji?... Lecz dopiero przy końcu sięgnęliśmy po ten zewnętrzny kontekst - inaczej zarzucano by nam, że chcieliśmy pójść na łatwiznę. Jak widać, socjaldemokratyzm sam nam się tu świetnie „wykazał”!

A więc socjaldemokratyzm w stanie i działaniu... Socjaldemokraci chcieli się podpiąć (który to już raz?) pod Marksa i Althussera fałszywymi, mylącymi kategoriami, takimi jak „lewica”. Bo „lewica” (stara czy nowa) to ostatecznie albo socjaldemokratyzm/cja [42] , albo nic. No może z wyjątkiem właściwości, jakie „pojęcie” to mogłoby uzyskać w ramach politologicznego dyskursu parlamentarno-demokratycznego. Tylko że wtedy jest oczywiście już zupełnie najmniej powodów, aby „lewicę” przywoływać akurat w kontekście Pour Marx! Niemniej jednak, już abstrahując, właściwie stąd powinna paść od razu bezpośrednia odpowiedź na zadane początkowo pytanie (czym jest „lewica”). Tymczasem tego właśnie brakuje. Ale czy jest to rzeczywiście wyjątek? Chyba „wyjątek potwierdzający regułę”! Bo przecież mamy tu wciąż do czynienia z tym samym horyzontem: burżuazyjnym, a dokładniej – z burżuazyjno-demokratycznym.

Powracając, „lewica” jest więc owym niemożliwym „impasem”... – bo niby jaka mogłaby w ogóle być „wspólna sprawa” między takimi siłami jak „zieloni” i socjaldemokraci (patriarchalna osłona kapitalizmu), anarchiści (progresywna restytucja kapitalizmu) oraz komuniści (ostateczna jego likwidacja na rzecz socjalistycznego/komunistycznego sposobu produkcji)? Przecież socjaldemokraci sami się tu chwalą czymś takim jak wkładem we wzmocnienie/reformę kapitalizmu – co komunistów np. napawa najwyższą odrazą... Z drugiej strony, ta skłonność, ten pomysł „lewicy” jako „sojuszu” i „wielonurtowości” jest jakoś zrozumiały o tyle, o ile zdamy sobie sprawę, że ta strona (o ile była i jeszcze w ogóle jest częścią ruchu robotniczego, a nie frakcją tej klasy panującej) rzeczywiście ma piękne tradycje w strategicznych kompromisach... z burżuazją!

W każdym razie, właśnie dlatego (o czym Althusser też w Pour Marx pisze), iż nie można być całkiem na zewnątrz („swojej”) ideologii - właśnie dlatego „lewica”/socjaldemokracja nie nadaje się tu w gruncie rzeczy nawet na to, aby odegrać rolę pożytecznej służki. Prędzej okazałaby się czymś w rodzaju Syzyfa! Bo socjaldemokratyzm to jednak jeszcze „średniowiecze”, tymczasem trzeba wyjść do przodu: W i Poprzez Kapitalizm – bez żadnych enklaw czyniących złudzenia.

Naprawdę, nie ma się co chować za jakąś tam „lewicą”! Na kartach tej książki świetnie widać jak Althusser rugował i zwalczał z obszaru marksizmu i komunizmu drobnomieszczańską inwazję dokonywaną pod patronatem socjaldemokratyzmu (inwazję socjaldemokracji oraz konserwatyzmu/faszyzmu). Także i dzisiaj ciąży na nas ten sam obowiązek, bo Althusser, wiadomo – pokazywał te różnice w teorii, lecz także i jego przecież wyprzedzały historyczne doświadczenia wojny oraz faszyzmu [43]. I rzeczywiście, były to doświadczenia, które pozwoliły – również dzięki siłom prawdziwie alternatywnego oporu/ratunku - dostrzec, odczuć, ba, wręcz zrozumieć (nawet jeśli nie trwało to zbyt długo) milionom ludzi z różnych klas śmiertelną różnicę między socjalistyczną/komunistyczną rewolucją a socjalną rewoltą pod egidą Państwa i Narodu (a nawet Człowieka czy Wspólnoty/Społeczeństwa)... I tak samo dziś - nasze rozumienie oraz podkreślanie tych różnic na każdym wręcz kroku poprzedza przecież niedawne doświadczenie rządów populistyczno-faszystowskich „socjaldemokratów” z PiS (także z LPRu i Samoobrony), rządów pod uogólnionym patronatem socjaldemokratyzmu! ...Tymczasem ludzie „Krytyki Politycznej” myśleli, że wystarczy wydać Althussera i opatrzyć odpowiednim wstępem, aby go „oswoić”, uczynić socjaldemokratą! Dobre sobie.

Finalną część, zatytułowaną W stronę historii, również sobie darujmy – może z wyjątkiem, rzuconej w przedostatnim zdaniu, złowieszczej przepowiedni (będącej również swoistym zaklęciem), mówiącej o tym, iż „kryzys lewicy już się kończy” [44] ... No cóż, jeśli ten kryzys naprawdę się kończy, to impas – polityczny, teoretyczny oraz historyczny – z pewnością będzie jeszcze tylko większy. Ale, w gruncie rzeczy... ten kryzys zawsze się tu kończy!

Dawid Okularczyk

   

[1] „Przyszłość trwa długo” – tytuł autobiografii Louisa Althussera.

[2] Wyrażone już notabene wcześniej w naszym ostatecznie nieopublikowanym (aczkolwiek wysłanym do różnych redakcji, w tym i do „Krytyki Politycznej”) tekście pt. Najdłużej przewlekana zapowiedź.

[3] Doprawdy, „ludzie lewicy” to chyba najśmieszniejsze hasło ostatnich lat!

[4] Ofensywy, którą w zasadzie można nazwać permanentną.

[5] Chociaż nawet i to miało tu – w rozpowszechnianiu naszego wcześniejszego tekstu napisanego w tej sprawie –swój sens: uprzedzający i ponaglający.

[6] Althusser Louis, W imię Marksa, tłum. Herer Michał, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2009.

[7] Althusser L., „Piccolo”, Bertolazzi i Brecht (Notatki o teatrze materialistycznym), w: W imię Marksa, ss. 157-180 oraz tegoż, Marksizm a humanizm, w: ibid., ss. 253-278.

[8] Althusser L., „Piccolo”, Bertolazzi i Brecht (Notatki o teatrze materialistycznym), tłum. Dłuski Wiktor, w: Marksizm a literaturoznawstwo współczesne, red. Lam Andrzej, Owczarek Bogdan, Warszawa 1979, ss. 378-401 oraz Althusser L., Marksizm a humanizm, tłum Dłuski W., w: Drogi współczesnej filozofii, red. M. J. Siemek, Warszawa 1978, ss. 343-373.

[9] Chodzi o tekst pod takim właśnie tytułem: O młodym Marksie (w: W imię Marksa, ss. 71-110), „Zeszyty Teoretyczno-Polityczne” 1961, nr 4, ss. 91-99. (Tłumacz nie ustalony).

[10] Darmowo, ale wiadomo – „lewica” za pracę „nieznajomych” i „nieznanych” nie płaci (choć im za tą - nie swoją - pracę jest płacone): dla nich (nie)liczy się tylko moralność, wolontariacka dobra wola...

[11] Ostolski Adam, Fakty niedokonane, w: Althusser L., W imię Marksa, ss. 5-15.

[12] - dla tekstu pt. O młodym Marksie.

[13] Marks K., Engels F., Ideologia niemiecka. Krytyka najnowszej filozofii niemieckiej w osobach jej przedstawicieli – Feuerbacha, B. Bauera i Stirnera, tudzież niemieckiego socjalizmu w osobach różnych jego proroków, tłum. Błeszyński Kazimierz i Filmus Salomon, w: Marks K., Engels F., Dzieła, t. 3, Warszawa 1961, s. 18-19.

[14] Ostolski A., Fakty niedokonane, s. 5.

[15] Możemy wręcz zaryzykować twierdzenie, że – jeżeli Althusser mawiał, iż pseudopojęcie „kultu jednostki” jest zasadniczo „nieznajdowalne” na gruncie teorii Marksowskiej, tak – u Althussera „nieznajdowalne” jest pseudopojęcie „lewicy”!

[16] W tym przypadku, do tego - koncesjonowanego jeszcze ponoć przez burżuazję z „Agory” i łagodnych konserwatystów/faszystów z byłego „Dziennika”! (Por. Sierakowski Sławomir, To wszystko prawda„Gazeta Wyborcza” z 28 kwietnia 2008). A tak przy okazji, zastanawiające jest czemu w prawym górnym rogu okładek Wydawnictwa Krytyki Politycznej (seria idee) widnieje, zdaje się że coś na kształt faszystowskiego toporka? No bo co to niby jest? I – jeśli nie – to jakie racje estetyczne przemawiają za takim akurat kształtem w tym akurat miejscu?

[17] W przedstawianym tekście termin „lewica”, oprócz początku, jest wymieniany bez cudzysłowów.

[18] Ostolski A., Fakty niedokonane, s. 6.

[19] I nawet jeśli jest w głównym nurcie debaty pokazywana jako słabość – to przecież to też nie wzięło się znikąd.

[20] Tylko że i tak jest to, znowuż, niejednoznaczne, bowiem zaczyna się niby w ten sposób, iż właśnie „ten stan rzeczy został dostrzeżony i rozmaicie diagnozowany” (ten, czyli: dlaczego dziś jest to słabość), a z drugiej strony owe „diagnozy” są tu formułowane najwyraźniej jako ogólne, nie zaś odnoszące się do „dziś”!

[21] To przywiązanie do „starości” jest również osobliwie „skonfigurowane” – jako negatywne przywiązanie do (niemożliwego) „totalitaryzmu” (co już samo w sobie jest zapożyczeniem z burżuazyjnej wyobraźni i słownika), albo – jako pozytywne! – przywiązanie do wkładu w reformę (a nie likwidację) kapitalizmu. I oba te „przywiązania” mają stanowić dziś właśnie „obciążenie”. Drobnomieszczańskie mistrzostwo! A może dobre przeczucie?

Ale gdy już tu jesteśmy, znaczące – w tym całym podciąganiu pod „lewicę” tego, co się tylko da – jest także pewne, wbrew pozorom znaczące, pomieszanie: komunizmu, anarchizmu oraz... socjaldemokracji - zamiast socjaldemokratyzmu (por. Ostolski A., Fakty niedokonane , s.6

[22] Ostolski A. Fakty niedokonane, s. 7.

[23] Przecież, żeby „lewica” mogła mieć politykę, albo żeby mówić o „lewicowym” odcieniu polityki – trzeba najpierw powiedzieć czym owa „lewica” jest! Naprawdę, warto być dokładnym – to nie boli.

[24] Ostolski A. Fakty niedokonane, s. 8.

[25] Ibid.

[26] Ibid.

[27] Ibid., s.9.

[28] Ibid.

[29] Chodzi tu o taką teorię, politykę oraz ideologię komunistyczną, aby tamte siły, tamci potencjalni sojusznicy przechodzili (subiektywnie i obiektywnie) właśnie na komunistyczne pozycje, na pozycje klasy robotniczej. Tylko na takiej - materialistycznej i rewolucyjnej - platformie można zawierać ewentualne sojusze taktyczne, takie właśnie jak choćby niegdyś sojusz robotniczo-chłopski.

[30] - Przy czym mamy tu również na myśli zmiany/ich zachowanie (nawet tylko w autonomicznym obszarze władzy) w obrębie jednego systemu. W każdym razie, zaprawdę, niewielu jest obecnie w Polsce (w głównym nurcie) polityków, którzy to rozumieją... Ale Janusz Palikot – abstrahując już od tego, na ile jest „po-tworem” czy też „prze-tworem” pisowskim, twórczym uczniem i postępową re-akcją PiSu - na pewno jest tym, który bardzo dobrze (chyba najlepiej) identyfikuje/praktykuje to, co jest materialnością polityki dziś (dziś, nie tylko w dobie panowania drobnomieszczańskiego „feudalizmu” oraz burżuazji, hegemonii ich idealistycznych dyskursów: naturalistycznych/metafizycznych, ale i także - w dobie nowych, dynamicznych sposobów mobilizacji-prezentacji politycznej, przekraczających oczywiście śmiertelnie nudne, sztywno-tradycyjne ramy „oddzielonej” Polityki dla niczego nie rozumiejących, schodzących już ludzi zeszłego wieku)... Natomiast, jeśli idzie o takie całości jak partie, to tu wydaje się, iż właśnie PiS jest, mimo wszystko, ciągle w materialistycznej czołówce polityki „feudalno”-burżuazyjnej Polski... Zaraz za nimi oczywiście P.O. z takimi politykami jak choćby Stefan Niesiołowski (ale nie tylko).Przy okazji, wymyślamy tu – tym razem już przy świadkach – „Krytyce Politycznej” nowy, jakże opłacalny, tytuł wydawniczy: Palikot. Przewodnik Krytyki Politycznej. Naprawdę warto!Też ze względu na aktualność, koniunkturę. Bo przecież „Krytyka Polityczna” niejednego już wprawiła w zdumienie – szybkością wydawniczej reakcji na bieżące wydarzenia (których konsekwencje bynajmniej się nie kończą), takie jak osławiony „Kryzys”.

[31] Por. Sprzeczność i Naddeterminacja, w: W imię Marksa, s. 111-143.

[32] Ostolski A. Fakty niedokonane, s. 10.

[33] Ibid., 12.

[34] Ibid.

[35] Ibid., s. 12-13.

[36] Ibid.

[37] Oczywiście mamy na myśli tych artystów, którzy - z racji swojego wieku - mogą to w ogóle porównywać (np. Agnieszka Holland, Olga Lipińska, Alicja Majewska czy Beata Tyszkiewicz)

[38] - Gdyż siły, które miały czynić - nawet w obrębie starego świata - „postęp”, w swej anemii, tchórzostwie oraz niezdecydowaniu, ciągle zawodziły i, jak widać, dalej zawodzą.

[39] Ostolski A. Fakty niedokonane, s. 12-13.

[40] Marks K., Engels F., Ideologia niemiecka, s. 315-317.

[41] Nie tylko ci z SLD (notabene: Sojusz – Lewicy...!), ale i właśnie z „Krytyki Politycznej”! (Por. np. wywiad szefa tej organizacji – umieszczony choćby na jej stronie internetowej - pt.Mamy dość klasyczne poglądy socjaldemokratyczne).

[42] Ta różnica jest szerszym problem i jedynie go tutaj markujemy: ścieżki te na pewno wychwyci co uważniejszy czytelnik.

[43] W innym sensie - także stalinizmu.

[44] Mimo, że – trzymająca się wykładni z tego tekstu – „lewica” sama jest właśnie czymś w rodzaju kryzysu! Czyżby więc jednak zapowiedź końca „lewicy”?






Cytat Bądź sobą, pij PEPSI! Pepsi Co.

Sonda

Czy istnieje wolna wola?

zobacz wyniki