Nk on-line

Uniwersytet jako wspólnota strachu. O wegetacji i strategiach przetrwania oraz oporu w murach fabryk edukacyjnych*

15/11/2020

Rafał Jakubowicz

*Autoetnograficzne refleksje na marginesie przerwanego przez lockdown oraz izolację społeczną projektu „Studiowanie sztuki – autoetnografia wizualna”, inspirowanego m.in. rozważaniami Oskara Szwabowskiego, realizowanego przez Pracownię Sztuki w Przestrzeni Społecznej w Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu w roku akademickim 2019/2020 (uzupełniony na początku roku akademickiego 2020/2021)

Fabryka wiedzy/sztuki

W filmie Elio Petriego, pt. La Classe operaia va in paradiso (1971), jest scena, w której główny bohater, mediolański robotnik, w którego wcielił się Gian Maria Volontè, Lulù Massa – już po utracie pracy – przychodzi pod szkołę swego pasierba Arturo, trafiając akurat na moment w którym grupa dzieci opuszcza budynek. „Wyglądacie – komentuje Lulu – jak mali robotnicy”. Metafory fabryki w odniesieniu do edukacji konsekwentnie używa Harry Cleaver, zwracając uwagę, że „szkoły i ich programy nauczania są tak skonstruowane, aby z ludzi tworzyć pracowników – wąsko wyspecjalizowane jednostki wychowane tak, by przez resztę swojego życia posłusznie wykonywały polecenia i wierzyły, że żyją w najlepszy z możliwych sposobów”[1]. Dla Ivana Illicha „szkoła to najlepszy przykład nowego typu przedsiębiorstwa – następca cechu, fabryki i korporacji”[2]. Również na rzeczywistość uniwersytetu warto spojrzeć poprzez metaforę fabryki, tym bardziej, że jesteśmy świadkami nieustannego zawłaszczania go przez kapitał. „Zgodnie z tradycją sięgającą czasów średniowiecza, żyjemy i pracujemy – pisał Harry Cleaver – zgodzie z zasadami akademickiej kolegialności i współpracy. Jest ona stale wzmacniana przez wciąż odnawiany mit studenckiej wspólnoty i związane z nim rytuały. W tych ramach staramy się odnosić do siebie z obopólnym szacunkiem. Niestety, zbyt regularnie nasze wysiłki są podkopywane przez struktury systemu edukacji i administracyjne zasady, przepisy i prawa narzucające tak wiele podziałów, hierarchii i konkurencji, w których wyniku powstaje bogactwo i nędza, snobizm i zazdrość, nadużycia władzy i strach, tajność i alienacja, oszczerstwa i bunt”[3]. Interpretacja teorii Marksa pomogła Cleaverowi w odkryciu znaczenia osobistych doświadczeń (tak ważnych w pisaniu tekstów autoetnograficznych). Pozwoliła zrozumieć dlaczego i w jaki sposób struktura systemu edukacyjnego oraz obowiązujące w niej zasady, prawa i procedury eliminują z uniwersytetów kolegialność i wspólnotowość. Zdaniem Cleavera „wyższa edukacja w znacznej mierze funkcjonuje na tych samych zasadach co przemysł, natomiast poszczególne uniwersytety działają i są zarządzane jak fabryki”[4]. Studenci mają w gruncie rzeczy podobną możliwość dokonania wyboru jak my-pracownicy najemni. Mogą „wybrać rodzaj pracy, lecz w jej ramach są zwykle zmuszeni – pisał Cleaver – do realizacji odgórnie określonych wytycznych, zgodnie z odgórnie narzuconym porządkiem”[5]. Narzuconym – dodajmy – przez programy nauczania oraz wykładowców notorycznie dyscyplinowanych przez swych zwierzchników. „Wychowuje nas mur, różne reżymy murów: reformy i działania władz zarówno państwowych, jak i rektorskich oraz dziekańskich, nie pomijając najważniejszej władzy administracyjnej ze wszystkimi rytuałami i własną logiką biurokratyczną. Wychowują nas zombie, które dostrzegamy w lustrze, zombie zawieszone na siatkach ochraniających nasze więzienie, snujące się po ulicach i dogorywające w rynsztokach. Wychowuje nas miejsce pracy. Wychowuje nas – pisał Oskar Szwabowski – szeroko pojęte środowisko akademickie”[6].

Spojrzenie wstecz

Zdawałem na Wydział Wychowania Plastycznego (obecnie Wydział Edukacji Artystycznej i Kuratorstwa) Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Poznaniu. Chciałem się dostać na malarstwo, ale realnie oceniłem swoje szanse (nie kończyłem liceum plastycznego). Malarstwo uchodziło wówczas za najbardziej prestiżowy kierunek (co się obecnie zmieniło). Było tam bodajże tylko siedem miejsc. Powszechną praktykę stanowiło wówczas zasięganie opinii na temat swojej teczki z pracami starszych kolegów – studentów. Przed egzaminami poszedł chyr, że większość miejsc jest już zajęta, bo akurat zdają dzieci profesorów. Mówiło się, że Wychowanie Plastyczne może być tylną furtką do Szkoły (na PWSSP mówiliśmy „Szkoła”). Egzaminy było trudne i trwały aż dwa tygodnie. Ale Szkoła była miejscem, w którym po prostu chciało się być. A po tzw. „ołtarzyku” (przeglądzie naszych dokonań po pierwszym roku studiów, na którym jedna praca wisiała obok drugiej albo/oraz nad drugą – stąd nazwa) i zdanej na pierwszym roku psychofizjologii widzenia u Antoniego Zydronia miało się już praktycznie dyplom w kieszeni. Drzwi naszego dziekana, Piotra C. Kowalskiego, zawsze były dla wszystkich otwarte. Nie żeby coś „załatwić” – tylko usiąść, wypić kawę, herbatę, pogadać. W pracowniach – rzecz w dzisiejszych czasach niebywała – można było przebywać całą dobę. Na śniadanie sałatka warzywna z bułką i kawą rozpuszczalną z mlekiem w Dnie u Pani Łyżeczki (często na kredyt, spłacany w dniu, w którym dostawaliśmy stypendia). Papierosy kupowane na sztuki. Po południu przychodził Tomek Wilmański. Bo przy Dnie mieściła się Galeria AT. Wilmański miał swój stolik, na którym rozkładał wydawnictwa. Często odwiedzał go Jurek Ludwiński. Na trzecim roku zacząłem studiować równolegle malarstwo. Jednak to właśnie na Wychowaniu Plastycznym poznałem Włodka Filipka, z którym się potem przyjaźniliśmy i wspólnie realizowaliśmy projekty. Na tym wydziale zetknąłem się z Ludwińskim. Ważne też było spotkanie Jaromira Jedlińskiego, który zachęcał mnie do pisania. W PWSSP poznałem Wojtka Dudę, z którym do tej pory stale współpracujemy. Kilka lat temu Duda (obecnie Dada – cztery lata temu zmienił nazwisko, gdy obchodzono 100-lecia dadaizmu) przeniósł się do szczecińskiej Akademii Sztuki, gdzie dostał własną pracownię. Pomimo tego, przez pierwsze lata przyjeżdżał co tydzień do Poznania. Był asystentem w pracowni rysunku Wojtka Müllera, zmarłego w 2018 roku. Zlikwidowano ją w 2016 roku. Z tamtej Szkoły niewiele już zostało. O Uniwersytecie Artystycznym dziś już coraz rzadziej mówi się „Szkoła”.

Zbliżenie: Mariusz

Studiowałem pod koniec lat 90., za pierwszej kadencji rektorskiej Müllera. Szkoła była schronieniem. W dodatku funkcjonowaliśmy w swoistych azylach. Jednym z nich była pracownia malarstwa Włodka Dudkowiaka. Wówczas punktem odniesienia było dla mnie aktywność koleżanek i kolegów – Jagny Ciuchty, Pawła Kaszczyńskiego, Agnieszki Albrechet, Krzysia Kobiałki, Ewy Żydek, Wojtka Tężyckiego albo Irka Popka, który studiował w sąsiedniej pracowni Jerzego Kałuckiego (nie sposób tu wszystkich wymienić). A zwłaszcza Mariusza Jędryczki, który zmarł na początku tego roku – co było dla mnie/dla nas szokiem i wstrząsem. Był w nim nieprzeciętny ogień – jak to trafnie określiła Dorota Koziara, która namówiła go na studiowanie malarstwa i pomogła przygotować się do egzaminu (wcześniej studiował technologię drewna na Akademii Rolniczej i odbywał praktyki w stolarni PWSSP). Zdał za drugim podejściem. Miał wyjątkowe poczucie humoru i sporo dystansu do rzeczywistości. Bezinteresowną otwartość. Był skromny, naturalny, a zarazem piekielnie inteligentny, błyskotliwy i charyzmatyczny. Nonkonformista z silnymi skłonnościami do autodestrukcji. Funkcjonujący na marginesach, ale jednocześnie – dzięki stylowi bycia oraz jakości prac – zawsze w centrum uwagi. Jego postawa tak bardzo nie przystaje do dominujących dziś postaw absolwentów szkół artystycznych, traktujących studia tylko jako konieczny etap w karierze i rozsyłających swoje prace na wszelkie możliwe konkursy. Trudno mi wyobrazić sobie Mariusza aplikującego o cokolwiek – stypendium twórcze czy pobyt rezydencyjny. Albo rozsyłającego portfolio w celu znalezienia galerii. Czasy się zmieniły. „Studia stają się elementem CV (bo nie życiorysu – życiorys zakłada możliwość doświadczenia, budującego indywidualną świadomość), etapem kariery. Dlatego obcowanie ze sztuką i literaturą, zamiast wyzwalać – podporządkowuje, zamiast rozwijać – nudzi, zamiast dawać siłę – osłabia, zamiast inspirować do odważnego myślenia – konformizuje. Szkoły, uniwersytety przestały być miejscem intelektualnej przygody, rozwoju, buntu, stały się – stwierdził Piotr Laskowski – elementem produkcji klasy średniej, pracowników korporacji”[7]. Mariusz Jędryczka odrzucał propozycje, a wraz z nimi strategie, kalkulacje, i tę tak powszechną dziś w świecie sztuki młodych rywalizację prowadzącą głównie do alienacji i frustracji. Miał za to osobowość oraz rzadki dar przenoszenia zwyczajnych, codziennych sytuacji w inny wymiar.

Jako studenci byliśmy pracowici, choć raczej niesystematyczni. Dudkowiak podobno mawiał o nas „moje zuchy” (niestety, zwolniono go na początku pierwszej kadencji obecnych władz). Jeździliśmy na plenery, np. do Wetliny. Zajechaliśmy tam, pamiętam, w nocy i od razu udaliśmy się, z kolegami, do pierwszej lepszej chaty. Zadzwoniliśmy. „Co się stało? Czego potrzebujecie, chłopcy” – usłyszeliśmy głos zaspanego leśniczego (jak się potem okazało), który wziął nas pewnie za zziębniętych turystów (deszczowa jesień). Mariusz zapytał z właściwym sobie urokiem: „Przepraszamy bardzo, ale czy nie wie pan gdzie można tutaj o tej porze kupić alkohol?”. „Idźcie stąd zaraz, bo zrobię wam krzywdę!” – wrzasnął, zatrzaskując drzwi. Profesor nie rozliczał z wykonanych na zaliczenie ćwiczeń. Przymykał oko na nasze wybryki i mocno punkowy styl życia (sporo używek). Traktował partnersko. Chodziło o przebywanie ze sobą, chodzenie po szlakach, wspólne balangi. O to żeby coś razem przeżyć. Traktował nas pobłażliwie. Jednak gdy rozmawialiśmy o sztuce – w czasie tzw. korekt – zawsze na serio. Tu nie było miejsca na kompromisy. Pamiętam Mariusza przychodzącego na przegląd z malarstwa, po wielu tygodniach nieobecności, z obrazem pod pachą i bulmastifem Radią (żeńska forma od słowa „radio”). Obraz był powalający, a Mariusz oczywiście zaliczył semestr (Dudkowiak nie rozliczał z aptekarską dokładnością z obecności na zajęciach). Na parapecie w sali 305 (w budynku głównym) zwykle stał zdezelowany i upaprany farbą magnetofon. Malując w pracowni słuchaliśmy m.in. 19 Wiosen, Joy Division, Kaliber 44, The Residents, Bauhaus, Davida Bowie, Świetliki, Nicka Cave'a, Toma Waitsa, PJ Harvey,  Maleńczuka, Laurie Anderson, Can, Kury, Keitha Jarretta, Einstürzende Neubauten, Davida Byrne'a, Chicks on Speed, Peaches, Tindersticks, często też Mazzoll & Arhythmic Perfection (piszę o tym, żeby oddać atmosferę). Ja przynosiłem sporo trip-hopu, który mi wtedy dobrze „wchodził” (np. Massive Attack, Portishead, Tricky) oraz Tindersticks. Szkoła oraz ostre imprezy, które zaczynały się w pracowniach, a następnie przenosiły na domówki, były całym naszym światem. Sytuacje towarzyskie zamieniały się w artystyczne (np. sesje rysunkowe podczas imprez w studenckim mieszkaniu na Łozowej, w którym przez jakiś czas pomieszkiwałem). Inne, mocno zatarte już wspomnienie: wyjazd z pracownianą ekipą, ale już niezależnie zorganizowany, do Szklarskiej Poręby, na grzyby. I jakieś schronisko (chyba). To były magiczne dwa, może trzy lata. Trzeba było z czegoś żyć, więc robiliśmy – m.in. z Mariuszem, Krzysiem, Boysem (Arturem Herktem – ksywa nie od słynnego w naszej artystycznej bańce Beuysa tylko od tytułu piosenki Sabriny) – różne, mało dochodowe fuchy, głównie jakieś remonty, z których większość kończyła się totalną katastrofą. One też stawały się właściwie imprezami. Było w tym wszystkim coś pięknie naiwnego, choć być może we wspomnieniach – jak to we wspomnieniach – nieco mitologizuję tamten czas.

Nasze postawy artystyczne na pewno kształtuje funkcjonowanie w grupach rówieśniczych, w których bardziej uczymy się od siebie nawzajem niż od wykładowców. Miałem szczęście trafić na wyjątkową ekipę. Laskowski, pisząc o edukacji wolnościowej, stwierdził, że należałby tak pomyśleć szkołę, by nie wychowywała do bycia „czymś”, nie zakładała celu, ale wykształcała dystans i dyspozycję do stawiania oporu. „Tu odnajdujemy sens wiedzy, obcowania z kulturą, rozumianą nie jako narzędzie skutecznego opanowywania rzeczywistości, lecz jako samoistna przestrzeń w i zarazem poza światem. Zarazem, by dystans nie przerodził się w osamotnienie, szkoła nie może być instytucją, a musi stać się – pisał – społecznością przyjaciół – wyrozumiałych, troskliwych i bezinteresownych”[8].

Nie wszyscy pozostaliśmy w branży. Niektórych, i to właśnie tych najlepszych, szczególnie utalentowanych, o największym potencjale, jak Mariusz Jędryczka, najbardziej wrażliwych, a przy tym pozbawionych ekonomicznego bezpieczeństwa, pochłonęło życie – zderzenie z brutalną rzeczywistością po studiach, na które – trafiając w nią prosto spod klosza czy też parasola Szkoły – nie byliśmy przygotowani. Ostatnią znaną mi realizacją Jędryczki był dyplom u Dudkowiaka. Na obronie, już po wszystkich formalnościach, padło pytanie do dyplomanta ze strony któregoś z członków komisji: „Czy chciałby pan coś jeszcze dodać?” Mariusz odpowiedział w swoim stylu, deklamując powoli: „DO-WI-DZE-NIA” (z wdziękiem się przy tym kłaniając). Większość parsknęła śmiechem. „Nie wiem... A co właściwie powinienem w tej sytuacji powiedzieć?” – krygował się (kolejna salwa śmiechu). Jędryczka byłby też świetnym aktorem (choć w przywołanej sytuacji nie było krzty wyrachowania). Z wystawy dyplomowej – próbowaliśmy ją, wspólnie z kolegami Mariusza zlokalizować na początku tego roku, tuż po jego przedwczesnej śmierci – prawie nic się nie zachowało. Na studiach na starych obrazach olejnych malowało się nowe – na kolejne zaliczenie, co było dość powszechną praktyką. Pastele rozdał. Po dyplomie Mariusz nie miał już warunków do malowania. Musiał utrzymać rodzinę, z czym sobie nie bardzo radził, więc gdy go zapraszano do wystaw – konsekwentnie odmawiał. „Zrozum, nie mogę przecież zajmować się sztuką, kiedy rodzina przymiera głodem” – wspominała słowa Mariusza Jędryczki Ewa Cygańska, która próbowała go przekonać do podjęcia pracy nad wystawą indywidualną. Po studiach szybko pochłonęły go kłopoty finansowe. Zamieszkał z rodziną na wsi – w Mrowinie Został odcięty od środowiska, trudno było mu się stamtąd wydostać – i w sensie fizycznym i metaforycznym. Czasami przyjeżdżał do Poznania, ale nasza ekipa już się rozpadła (został Kaszczyński, z którym się przyjaźniłem, a który pracował z Dudkowiakiem, ja zaś zaczepiłem się w Szkole na uwłaczających śmieciówkach, będąc jednocześnie doktorantem Piotra Piotrowskiego na historii sztuki UAM, co było formą ucieczki pod kolejny parasol, bo dostałem tam stypendium). Nikt nie potrafił, niestety, wykorzystać potencjału Mariusza. Życie obeszło się z nim wyjątkowo paskudnie. Zdrowie szybko zaczęło szwankować. Diagnoza: cukrzyca. Po tragicznej śmierci dwudziestoletniej córki, Poli, już się nie podniósł.

O Mariuszu trudno opowiedzieć tym, którzy go nie poznali. Żyje w naszej pamięci. Na spotkaniu przyjaciół, krótko po pogrzebie, uświadomiliśmy sobie jak wiele od niego otrzymaliśmy, jak bardzo to spotkanie z nim nas ukształtowało. Tamta Szkoła, z końca lat 90., nie była ani akademicka ani elitarna (często brakowało nam na wspomnianą sałatkę z bułką w Dnie, czego się nie wstydziliśmy). Była za to enklawą wolności, własnych poszukiwań i eksperymentu (w różnych znaczeniach tego słowa). Żywym miejscem spotkań, w którym nie myśleliśmy kategoriami tzw. punktozy i nie projektowaliśmy karier. Funkcjonowaliśmy poza rynkiem. Choć mieliśmy swoje fascynacje (ja np. interesowałem się Teatrem Śmierci Kantora i sztuką Bałki, z którym spotkanie w 1998 roku było dla mnie znaczące), jedynym istotnym punktem odniesienia były dla nas tak naprawdę opinie przyjaciół. Claire Bishop zwróciła uwagę na zmianę charakteru relacji pomiędzy światem sztuki a akademią, która w przeszłości była postrzegana jako instytucja o wyczerpanej formule, „akademicka” i „elitarna” właśnie. Jej zdaniem „edukacja jawi się obecnie jako potencjalny sprzymierzeniec świata sztuki w dobie stopniowego zaniku przestrzeni publicznej, niepohamowanej prywatyzacji i zinstrumentalizowanej biurokracji”[9]. Niestety, zinstrumentalizowana biurokracja coraz bardziej zawłaszcza również przestrzeń współczesnej akademii – fabryki sztuki. Pierwsza dekada transformacji okazała się ostatnim momentem gdy edukacja artystyczna nie została jeszcze podporządkowana subsumpcji pod kapitał. Mariusz Jędryczka, będący pokoleniową legendą Szkoły, nie odnalazłby się już na dzisiejszym UAP-ie. Prawdopodobnie w ogóle nie przejawiałby zainteresowania takimi studiami jakie mamy teraz w ofercie. Gdyż był zbyt zjawiskowy, zbyt zajebisty, żeby dać się sformatować i wpasować w sztywne ramy instytucji, quasi przedsiębiorstwa produkującego absolwentów. „Otrzymanie dyplomu nieodmiennie oznacza opatrzenie własnego życia metką z ceną, której nie można zerwać. Dyplomowani absolwenci szkół wyższych odnajdują się – pisał Ivan Illich – tylko w świecie, który ometkowuje ich umysły cenami, dając im w ten sposób władzę określenia poziomu społecznych oczekiwań”[10]. Mariusz Jędryczka, absolwent ASP, autor jednego z najlepszych dyplomów z malarstwa jakie widziałem, i z pewnością największy malarz jakiego poznałem, nie pozwolił „ometkować” swojego umysłu, za co przyszło mu zapłacić wysoką cenę. Studia na PWSSP/ASP były pięknym czasem (żałuję tylko, że nie trafiłem do pracowni Jarosława Kozłowskiego). Choć dziś już, z perspektywy dwóch dekad w branży, nie wybrałbym ponownie studiów artystycznych. Nie wybrałbym ich nie tylko z powodu braku perspektyw po dyplomie, czyli drogi, którą przeszedłem do otrzymania etatu (w branży utrzymałem się tylko dzięki skandalowi wokół Arbeitsdiszipilin), z którym wiąże się względna, choć złudna stabilizacja, ale również dlatego, że w najbardziej użyteczne narzędzia do uprawiania sztuki wyposażyła mnie nie akademia lecz środowisko Rozbratu, Inicjatywy Pracownicze, potem Anarchistycznej Klubokawiarni Zemsta, co przemawia na korzyść antyszkolnych tez Illicha.

Między „doskonałością” a rynkiem

Jacques Derrida pisał o uniwersytecie „bez warunków” oraz uniwersytecie „bezwarunkowym”. Jego intencją jest zrozumienie konotacji „bez władzy” czy „bez zakazów”. W przekonaniu Derridy „uniwersytet jest absolutnie niezależny, jest także cytadelą narażoną na ciągłe ataki, która bywa zagrożona, która pozostaje do zdobycia, a nierzadko zmuszana jest do bezwarunkowej kapitulacji. Wszędzie tam, gdzie się poddaje, gotowa jest natychmiast do bycia zdobytą. Ponieważ nie godzi się na stawianie jej warunków, często bywa zniewalana, wykrwawiana, izolowana, zmuszana do bezwarunkowego poddania się. Owszem, cytadela ta poddaje się, często się wręcz zaprzedaje lub po prostu ryzykuje, że zostanie zdobyta, zajęta, nabyta, że stanie się filią konglomeratów i międzynarodowych firm”[11]. Jeszcze przed ostatnimi, najbardziej destrukcyjnymi reformami szkolnictwa wyższego w historii III RP, Jarosław Urbański pisał: „Powstaje przemysł edukacyjny zastępujący uniwersyteckie standardy postfordystowską kontrolą pracy i nauczania”[12]. Podczas demonstracji przeciwko założeniom restrukturyzacji edukacji, która odbyła się 13 czerwca 2018 roku pod pomnikiem Adama Mickiewicza w Poznaniu (w Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza trwał wówczas strajk okupacyjny), mówiłem: „Reforma ma wprowadzić rady uczelni. A ja nie chcę, żeby za chwilę w takiej radzie uczelnianej zasiadł jakiś biznesmen, np. produkujący meble, albo zaprzyjaźniony z rektorem biskup, i żeby oni wspólnie określali ramy wolności wypowiedzi artystycznej”[13].

Podobne demonstracje i strajki okupacyjne odbywały się wówczas na większości publicznych uczelni. Przegraliśmy. Nie zdołaliśmy zatrzymać ministra Jarosława Gowina, którego ustawa 2.0., zwana Konstytucją dla Nauki, rozbiła dotychczasowe struktury funkcjonowania i zniszczyła resztki autonomii uniwersytetów, rozjechanych wcześniej walcem reform minister Barbary Kudryckiej, oddając całą władzę w ręce rektorów i wprowadzając wspomniane rady uczelni (na wzór rad nadzorczych korporacji), do których oprócz polityków, zwykle drugiego garnituru, weszli różnego autoramentu przedsiębiorcy z tzw. „biznesowego otoczenia uczelni” – w przypadku mojej Alma Mater – prezesi firm: odzieżowej (Solar) i deweloperskiej (Ataner). Kapitał, ucieleśniony w ww. postaciach, wkroczył na uczelnie w dosłownym tego słowa znaczeniu. A wraz z nimi zapewne skrajnie neoliberalny sposób myślenia o edukacji. Ministerstwo pozwoliło rektorom wykręcić wszystkie bezpieczniki i zainstalować własne. W dodatku za kadencji nowego ministra nauki, Przemysława Czarnka, obnoszącego się z homofobicznymi i mizoginicznymi poglądami (choć trudno tu mówić o „poglądach” – bo są to raczej namiętności) czeka nas, niestety, przeniesienie walk na pole kulturowo-światopoglądowe[14]. I choć uważam, że szarpanie się w ramach tego pola jest stratą czasu i energii (konflikt zastępczy podsycany i rozgrywany przez władze państwowe[15]), zdaję sobie jednak sprawę z tego, że nie możemy go oddać. Innymi słowy: nie mamy wyboru – musimy i tu się konfrontować[16]. Tym bardziej, że w obszar humanistyki coraz brutalniej wkracza polityka historyczna. Wiceministra nauki, Magdalena Gawin, na konferencji Polska Wielki Projekt perorowała o konieczności „unarodowienia” nauk humanistycznych. Oznacza to zapowiedź rozpoczęcia gry o podporządkowanie badań innego rodzaju punktozie niż Gowinowska, mianowicie takiej, której kryteria wyznaczać będą polityczni aparatczycy prawicy[17].

Wiosną 2018 roku rady wydziałów publicznych uczelni, skupiających w większości kierunki humanistyczne, które najbardziej obawiały się reformy Gowina, masowo słały do Ministerstwa Edukacji Narodowej otwarte protesty. Dlaczego właśnie humanistycznych? Bo humanistyka „często staje się po prostu zakładniczką wydziałów nauk ścisłych i stosowanych, skupiających inwestycje kapitałowe, co do których już z góry zakład się, że będą – pisał Jacques Derrida – opłacalne, a co z istoty obce jest światu akademickiemu”[18]. Uniwersytet, zwłaszcza nauki humanistyczne, nigdy jeszcze nie były w Polsce tak zagrożone jak obecnie – wskutek reform Gowina. Wczorajsza (przegrana) i dzisiejsza walka o pozycję humanistyki jest walką o kształt jutrzejszego uniwersytetu. Tymczasem rada wydziału na którym pracuję, Wydziału Edukacji Artystycznej i Kuratorstwa w Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu, nie była gotowa zdobyć się nawet na tak symboliczny gest jak wystosowanie protestu. Rady wydziałów już nie istnieją – zastąpiły ją tzw. walne zebrania (przywodzące skojarzenia z walnymi zebraniami akcjonariuszy giełdowych spółek, choć ze zdaniem takich „akcjonariuszy” jak my nikt – a zwłaszcza rektor – się nie liczy). W nowej nomenklaturze, dziarsko popularyzowanej przez twórców ustawy-biurokratów, zawrotną karierę robi pojęcie „doskonałości”. Utworzona w 2018 roku Rada Doskonałości Naukowej zastąpić ma Centralną Komisję ds. Stopni i Tytułów. „Na Uniwersytecie Doskonałości – pisał na początku lat 90. Bill Readings – studenci nie są  j a k  g d y b y  klientami, lecz są nimi  n a p r a w d ę”[19]. Zdaniem brytyjskiego literaturoznawcy, którego pozycję trudno byłoby określić jako radykalną, instytucja uniwersytetu „staje się autonomiczną korporacją biurokratyczną”[20]. Doskonałość jako „zasada integrująca” ma tę zaletę, że jest – jak spostrzegł Readings: „słowem całkowicie wyzutym ze znaczenia lub, mówiąc dokładniej, pozbawionym referencji”[21]. W praktyce więc może znaczyć (i znaczy) cokolwiek; wszystko i nic. „Uniwersytet Doskonałości stanowi – pisał wyraźnie pozostający pod wpływem paradygmatu postmodernistycznego autor Uniwersytetu w ruinie –  s y m u l a k r  idei Uniwersytetu”[22]. Retoryka doskonałości tworzy układ wzajemnych relacji, w którym „nauczanie to administrowanie studentami przez profesorów, badania to administrowanie profesorami przez ich kolegów po fachu, z kolei administracja to nazwa warstwy biurokratów, którzy administrują całością”[23]. Claire Bishop, polemizując z Billem Readingsem, twierdzi, że wskutek finansowego krachu 2008 roku „doskonałość” przestała być punktem odniesienia, zaś jej miejsce zajął sukces rynkowy: „jeśli dana treść przyciąga studentów, a wraz z nimi przychody, staje się ona – pisała – uzasadniona”[24]. Biorąc pod uwagę nasze, lokalne doświadczenie, wydaje się jednak, że wkroczyliśmy dopiero – z pewnym opóźnieniem (studia nadal są subsydiowane przez państwo) – w fazę panowania dyskursu „doskonałości”, choć wyraźnie czuć już presję rynku (jej wyrazem jest nie tylko skład rad uczelni ale również fetyszyzacja rozmaitych prywatnych rankingów, lokalnych oraz międzynarodowych, do ujęcia w których nieustannie aspirujemy). Wyczuwalne są też nastawienia niektórych studentów, którzy oczekują, że studia nauczą ich tego jak robić karierę i poruszać się na rynku sztuki. Trudno przewidzieć jakie będą konsekwencje obecnego kryzysu – znacznie bardziej niebezpiecznego niż ten z 2008 roku – pandemii koronawirusa. Już teraz wyraźnie jednak widać, że doprowadził on do całkowitej de-/reorganizacji zajęć i może stać się uzasadnieniem nie tyle nawet nadchodzącej fali – co wręcz tsunami zwolnień w sektorze edukacji. Paradoksalnie jednak opór pracowników fabryk wiedzy, jaki wywołać może obecny kryzys, okazać się może szansą na zmianę umowy społecznej i – co za tym idzie – wypracowanie nowej kultury akademickiej. Temat, z którym będziemy pracować w roku akademickim 2020/2021 brzmi: „Uniwersytet w kryzysie”.

W trybach działania władzy

„Chcąc lepiej zrozumieć skład klasowy branży edukacyjnej i jej «fabryk» należałoby oczywiście wziąć pod uwagę – pisał Harery Cleaver – stosunki i konflikty występujące między kierownictwem a pracownikami naukowymi poszczególnych placówek – w ich ramach czy też pomiędzy nimi, jak też pomiędzy studentami i wykładowcami – oraz ogólną, hierarchiczną strukturę instytucji składających się na system «wyższej edukacji» i jego związki zresztą fabryki społecznej”[25]. Inspiracją realizowanego w roku akademickim 2019/2020 w Pracowni Sztuki w Przestrzeni Społecznej działającej w strukturze Wydziale Edukacji Artystycznej i Kuratorstwa UAP tematu „Studiowanie sztuki – autoetnografia wizualna” były nie tylko zawirowania związane z wprowadzaniem ustawy Gowina. Inspiracją było również moje własne doświadczenie pracy na uczelni – zarówno na umowach śmieciowych (przez 12 lat), jak i na etacie (przez 7 lat). Byłem prekariuszem chyba najdłużej w historii naszej uczelni – choć wówczas nie potrafiłem tego nazwać, bo brakowało języka. Sprekaryzowanie oznacza niepewną egzystencję i ciągłe życie w teraźniejszości. Brak tożsamości i poczucia bezpieczeństwa[26]. Jak słusznie zwrócił uwagę George Steiner: „uzyskanie stałego etatu na uniwersytecie, akceptacji kolegów po fachu, pomocy i nagród nierzadko jest symptomem oportunizmu i pośledniej konwencjonalności”[27]. Etat wywalczyłem po ponad dekadzie prekarnego zatrudnienia, ale w każdej chwili mogę go – wskutek otrzymanej w 2018 roku negatywnej oceny okresowej za lata 2016-2017 – stracić. Uznaniowy i de facto pozbawiony merytorycznych kryteriów system ocen w fabrykach edukacyjnych – pomimo stale dokręcanej pracownikom „śruby” i nieustającego udoskonalania, a raczej przebudowywania machin parametryzacji oraz ewaluacji – wydaje się równie, a może i bardziej krzywdzący, niż słynne już „feedbacki” (wewnętrzne oceny pracowników) Amazona. Na akademii sztuki można nic nie robić, albo robić niewiele i przejść procedurę oceny okresowej pozytywnie. Zresztą w tym świecie obiektywne osiągnięcia są zwykle odwrotnie proporcjonalne do pozycji zajmowanej w łańcuchu struktur władzy oraz zaszczytów. Posiadany i udokumentowany „dorobek” (w postaci wystaw, publikacji, pracy na rzecz uczelni) nie pomoże, jeśli popadnie się – tak jak ja – w niełaskę dziekana. „Kruchość władzy, wpisana w nią niepewność, potęgowana przez splot neoliberalnych praktyk, ministerialnych eksperymentów i działań różnych stronnictw wewnątrz i na zewnątrz akademii, prowokuje księcia-dziekana, nie-do-końca-suwerena, do coraz brutalniejszych manifestacji, mających – jak to trafnie ujął Szwabowski – na celu ukazanie związku między jego wolą a prawem”[28]. Obecnie, gdy dziekani praktycznie nie mają już żadnej realnej władzy na wydziałach, gdy są powoływani przez rektora i przez niego mogą zostać w prosty sposób odwołani, przez co bardziej przypominają hreczkosiejów niż książęta, należy się spodziewać, że owe manifestacje będą coraz bardziej spektakularne. Oceny okresowe pracowników stały się w naszej Szkole – wiele na to wskazuje – narzędziem uprawiania brudnej polityki kadrowej. Wegetacja w murach fabryki edukacyjnej oznacza nieustanne zmaganie się z przejawami nierównego traktowania oraz praktykami mobbingowymi, często też szykanami za działalność związkową, charakterystycznymi dla systemu, w którym panuje nie tyle hierarchiczna, ani nawet korporacyjna (w niektórych korporacjach całkiem sprawnie działają procedury antydyskryminacyjne), co iście feudalna struktura relacji międzyludzkich. Jest ona nieustannie reprodukowana.

Adriana S. Bartnik określiła mobbing – odwołując się do jego kodeksowej definicji – jako „działania lub zachowania dotyczące pracownika lub skierowane przeciwko pracownikowi, polegające na uporczywym i długotrwałym nękaniu lub zastraszaniu, wywołujące zaniżoną ocenę przydatności zawodowej, powodujące lub mające na celu poniżenie bądź ośmieszenie pracownika, izolowanie go lub wyeliminowanie z zespołu”[29]. Warto też dodać, że mobbing to „patologiczny proces występujący w relacjach pracowniczych, zmierzający do wyrzucenia jednej ze stron z pracy, bądź też obniżenia jej atrakcyjności na rynku pracy”[30]. Nie należy tego zjawiska mylić z konfliktem/agonem (w rozumieniu Chantal Mouffe[31]), gdyż jest on „wynaturzonym konfliktem, jego złą formą”[32]. Istnienie mobbingu na uczelniach jest tajemnicą poliszynela. „Zwykle mobbingowani są ci, którzy stanowią konkurencję dla decydentów i którzy podejmują tematy naukowe «drażliwe» lub już «zarezerwowane». Mobbing bywa też często stosowany, jako metoda zarządzania zakładem, jako metoda dyscyplinowania pracowników. Kierownicy merytorycznie nieprzygotowani do kierowania zespołami ludzkimi, którzy osiągnęli pułap własnej niekompetencji, często stosują terror psychiczny dla utrzymania się przy władzy poprzez eliminowanie zbyt aktywnych, zbyt kompetentnych, a zatem potencjalnie zagrażających im pracowników – czytamy w podsumowaniu badań na temat mobbingu na uczelniach przeprowadzonych przez Fundację Science Watch Polska[33]. Elitaryzm, konformizm, hipokryzja i oportunizm, wszechobecna alienacja, cynizm i lizusostwo, intrygi, konflikty związane z indywidualnymi ambicjami bądź kompleksami, bezwzględność walk o władzę i prestiż czy chociażby ich namiastkę, jaką daje jakakolwiek sprawowana funkcja, wzajemne podkopywania pozycji i „wycinanie” wyimaginowanej konkurencji, niezrozumienie i pogarda dla pracy innych, powszechny lęk, frustracja, żałosne gesty uległości, podporządkowania i wiernopoddańczości, próby lawirowania i załatwiania sobie przywilejów, dążenia do czerpania jak największych profitów, manipulacje, osobiste rewanże, frakcyjne walki klik i zachowania stadne, rozsiewanie plotek niszczących reputację i personalne gierki, wszelkie możliwe podłości – oto codzienność polskiego uniwersytetu. „To nie jest miejsce, w którym rozwija się człowiek, lecz środowisko toksyczne, antagonistyczne, poddane coraz większej i większej subsumcji pod kapitał. Uniwersytet staje się wampirem, który wysysa z nas – pisał Oskar Szwabowski – marzenia, energię, moce twórcze, pozostawiając puste ciała”[34]. Jest to nie tyle miejsce wolne od podporządkowania kapitalistycznemu sposobowi produkcji, co raczej miejsce skupiające – jak w soczewce – wszelkie patologie neoliberalizmu. Jednak to nie podmiot podtrzymuje stan swojego podporządkowania. Judith Butler postawiła tezę, że „przywiązanie do ujarzmienia [w ujęciu Freudowskim – RJ] jest wytwarzane w trybach działania władzy i właśnie w tym efekcie psychicznym, jednym z najbardziej podstępnych wytworów władzy, uwidacznia się część operacji, której władza się dopuszcza”[35]. Powyższa perspektywa po pierwsze nie odmawia ważności roszczeniom podległych, po drugie zaś nie przerzuca na nich odpowiedzialności za stan rzeczy, któremu podlegają. A co najważniejsze – umożliwia (i w jakimś sensie uprawomocnia) bunt i stosowanie praktyk oporowych.

Barwy ochronne (1876) Krzysztofa Zanussiego, sztandarowe dzieło „kina moralnego niepokoju”, ze znakomitymi kreacjami aktorskimi, m.in. Zbigniewa Zapasiewicza (w roli „docenta Jakuba Szelestowskiego”) oraz Mariusza Dmochowskiego (w roli jowialnego „prorektora Bolesława”) ciągle nie straciło aktualności. Warto je więc pokazywać studentom. Jeśli w ogóle jesteśmy jako pracownicy fabryk wiedzy wspólnotą – to tylko strachu. „Strach – nie ma dnia, bym go nie odczuwał. Zmienia się jedynie jego natężenie. Strach przed przyszłością – czy będzie jakakolwiek? – strach przed innymi – jako konkurentami, potencjalnym zagrożeniem, osobami tylko czekającymi na moje potknięcie – zombie gotowe rozszarpać, wystarczy tylko chwila nieuwagi. Strach przed niewłaściwym krokiem. Strach przed staniem się zbędnym, niepotrzebnym instytucji, w której pracuję, niepotrzebny światu, wymazany, ulokowany po stronie strat, odpad gnijący i rozkładający się w czarnej materii społeczeństwa, już nawet może poza nim... Strach przed niemożliwością spłaty, przed niewypłacalnością. Strach – wyznaje Szwabowski – przed staniem się zombie. Strach przed zombie, które istnieją. Strach przed wampirem-kapitałem...”[36]. Wieczny strach o etat. O przedłużenie umowy (jeśli nie mamy jej na czas nieokreślony). Strach o doktorat, habilitację. Strach paraliżujący wszelkie ewentualne, indywidualne i kolektywne, działania przeciwko tyranii zwierzchników. A przecież zaniechanie reakcji w wielu przypadkach oznacza ciche przyzwolenie, co jest bez skrupułów wykorzystywane. Innymi słowy: to nasza słabość staje się siłą władzy, która posunie się tak daleko jak jej na to pozwolimy.

Moją negatywną ocenę miażdżącą większością głosów „przyklepał” senat uczelni, do którego się odwołałem. Na nic zdały się racjonalne argumenty. Pozostał tylko niezawisły sąd. Czuję się jak bohater prozy Franza Kafki – Josef K. Cierpi na tym, rzecz jasna, praca ze studentami w pracowni, którą w każdej chwili mogę stracić, bo takie właśnie są realne konsekwencje negatywnej oceny pracowniczej. Osoby znajdujące się w takiej sytuacji jak ja zazwyczaj nie otrzymują wsparcia. „Podstawowym celem wprowadzenia atmosfery strachu jest przekonanie otoczenia, że każda próba sprzeciwu spotka się z nieuniknioną, surową karą. Osoby zastraszane – stwierdziła Adriana S. Bartnik – nie udzielają pomocy”[37]. Nie tylko nie udzielają pomocy – często stają się sprzymierzeńcami pryncypała-przemocowca. „Ty chyba żywisz się konfliktem” – usłyszałem od kolegi z wydziału, gdy wyszliśmy na papierosa, kilkanaście minut po obradach senatu, na których podtrzymano mojego „negatywa”.„Pracownicy zazwyczaj wiedzą o mobbingowym terrorze i wyrażają – pisała Bartnik – swoje nieme przyzwolenie, nie reagując i nie biorąc kolegów w obronę. Przewaga prześladowcy nad ofiarą jest wyraźna i najczęściej wynika z hierarchii służbowej”[38].  Nie opowiadać się. Głosować tak jak większość (ewentualnie się wstrzymać, co uchodzi wręcz za akt heroizmu). Nie podpisywać kierowanych do uczelnianych władz petycji. Nie wtrącać, nie mieszać się, dać spokój. Nie widzieć, nie słyszeć. Nie wiedzieć. Przynajmniej oficjalnie. Być ostrożnym w wypowiadaniu sądów. Próbować spojrzeć pod innym kątem, z innej perspektywy. Relatywizować. Albo omijać temat. Tchórzostwo maskować pozą cool. Stawać w rozkroku. Ironizować. Jeśli dać już upust emocjom to w korytarzowych rozmowach, szeptem, bo wiadomo – ściany mają uszy. Pofolgować można sobie za to w knajpie, sondując rzecz jasna dyskretnie co myślą rozmówcy i rozglądając się ukradkiem na boki. A jeśli protestować – to zawsze w bezpiecznych sprawach, czyli takich za które nie płaci się karierą akademicką, które nie narażają na konfrontację z pryncypałem (ileż to razy spotykałem swoich zwierzchników na różnych protestach, feministycznych albo w obronie konstytucji – te same osoby, które w sprawach pracowniczych rozgrywanych w zakładzie pracy wymownie milczą). Utrzymać stworzoną personę, pozycję, przywileje, etat. Za wszelką cenę. Obserwatorzy łatwo stają się kolejnymi ofiarami, gdyż zwierzchnik oczekuje od pracowników bezwzględnego podporządkowania, co powoduje, że „wroga atmosfera w miejscu pracy, szykanowanie, groźby, szantażowanie zwolnieniem z pracy, nawet jeśli są stosowane tylko w stosunku do jednego z członków zespołu, wywołują obawę o pracę także u osób postronnych”[39].

Przez ostatnie cztery lata, jako przedstawiciel Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza, wiele dowiedziałem się o funkcjonowaniu fabryki edukacyjnej. Zbyt wiele. „Jedną z dotkliwiej odczuwanej przez ofiarę metod jest negowanie jej kompetencji. Działania napastnika mają na celu przekonanie ofiary oraz otoczenia, że jej kompetencje zawodowe są niższe niż innych osób. Technika ta jest bardziej skuteczna, gdy ofiara w rzeczywistości – zwróciła uwagę Bartnik – posiada wysokie kwalifikacje zawodowe, interpersonalne itd.”[40]. Wiem jak niesprawiedliwe, bolesne i destrukcyjne może być zderzenie z władzami szacownej „świątynią sztuki”. I wiem jaką płaci się za nie cenę. W moim przypadku są to: nadciśnienie, tachykardia, depresja, zaburzenia snu, narkolepsja, zaburzenia odżywiania i wiele innych dolegliwości psychosomatycznych, zaniżona samoocena (tak, wiem – w tym środowisku nie powinno się okazywać słabości). Czując się osaczony, człowiek w pewnym momencie nie daje już rady, co w końcu musi odbić się również na jakości pracy ze studentami, działając jak samospełniająca się przepowiednia. Autoetnograficzna analiza moich osobistych doświadczeń (tutaj jedynie sygnalizowanych) wymagałaby jednak osobnego artykułu, który – mam nadzieję – kiedyś napiszę. Liczę, że nastąpi to zanim przejdę na emeryturę. Autoetnograficzne opowieści wymagają szczerości, która w środowisku akademickim jest towarem deficytowym. „Szczerość na uniwersytecie – pisał Szwabowski – zarezerwowana jest la idiotów, błaznów i samobójców albo emerytowanych profesorów, którym nikt już krzywdy wyrządzić nie może”[41]. Akademia to instytucja, która jest w stanie przyjąć krytykę pod warunkiem, że jest ona sformułowana na takim poziome ogólności, że nie uderza w fundamenty, na których jest zbudowana. I nie dotyczy bezpośrednio poczynań jej władz. Krytyka na uniwersytecie jest wyraźnie reglamentowana. „Abstrakcyjną krytykę władzy jeszcze jakoś się akceptuje na uczelni, ale krytykę konkretną już niekoniecznie. Taka krytyka uruchamia sieci oparte na mrocznej solidarności. Jest to ryzyko. Milczenie jednak jest bardziej niebezpieczne. Po pierwsze, pozostawia narrację władzy nienaruszoną; po drugie – pisał Szwabowski – skrywa jej mechanizmy funkcjonujące w szarej strefie uniwersytetu, a posiadające istotny wpływ na jego funkcjonowanie”[42]. Zatem – co robić?  Przymykać oczy, udawać, że pewnych rzeczy nie widzimy, skoro instytucja, która powinna być krytyczna, wyraźnie premiuje serwilistyczne postawy? Po 12 latach prekarnego wyzysku wiem, jak trudno jest o etat na uczelni i związane z nim względne poczucie bezpieczeństwa ekonomicznego. „Dostosować się, przetrwać, wznosić modły, mówić tylko «ta-ak» – jeśli okazywać solidarność, to z władzą, nie z tymi, którzy cierpią, którzy znikają”[43]. Ale przecież jeśli gdzieś ma istnieć przestrzeń do prowadzenia wolnej, demokratycznej, krytycznej i agonistycznej debaty – to właśnie na uniwersytetach, zwłaszcza o profilu artystycznym. Bo raczej nie na halach Amazona oraz Volkswagena.

Smutny jubileusz

Inspiracją był również jubileusz 100-lecia istnienia poznańskiej uczelni artystycznej. Równocześnie z przygotowaniami, a następnie z rocznicowymi obchodami (w Auli UAM odbył się Jubileuszowy koncert w wykonaniu Orkiestry Filharmonii Poznańskiej oraz skrzypaczki Miki Kobayashi), po których – na jednym z walnych zebrań wydziału – rektor wręczał pracownikom „medale 100-lecia UAP” (otrzymałem i ja, co w kontekście wcześniejszego „negatywa” było nawet zabawne), trwał (i nadal trwa) swoisty festiwal zwolnień, których część motywowana była redukcją zatrudnienia, czyli realizacją „planu naprawczego z 2017 roku”. Jednak zanim to nastąpiło, ze zdumieniem obserwowałem jak nowe władze potraktowały Jarosława Kozłowskiego, byłego rektora naszej Szkoły[44], który zamienił prowincjonalną szkołę plastyczną w uczelnię na światowym poziomie, Szkołę właśnie. „Przyjęliśmy założenie, że celem uczelni jest przede wszystkim kształcenie świadomości artystycznej i poszerzanie umiejętności wyrażania tej świadomości w dostępnych językach sztuki, a także, co było równie ważne, kształtowanie postawy artystycznej oraz etycznej, co z mojego punktu widzenia bywa zazwyczaj tożsame” – wspominał w wywiadzie, który przeprowadziłem z nim w 1999 roku[45]. Na nic się zdały dwa solidarnościowe protesty środowiska artystycznego. Kozłowskiego zwolniono. Potem wygrał proces, wrócił do pracy[46] i znów go zwolniono[47]. W końcu odpuścił. W październiku 2016 roku, podczas spotkania organizacyjnego, czyli zapisów do prowadzonej przez Kozłowskiego pracowni rysunku, na którym poinformowano go o pozbawieniu funkcji kierownika pracowni, ówczesny prorektor ds. studenckich (obecnie pierwszy zastępca rektora i również prorektor ds. studenckich) rzucił w kierunku zgromadzonych: „Proszę o opuszczenie tej sali wszystkich, którzy nie są studentami, od tego zaczniemy. Jeżeli nie pokażecie państwo legitymacji studenckich zawiadamiam policję” (w Internecie krąży nagranie tego żenującego spektaklu). Byłem tam, ze studentami, absolwentami i garstką wykładowców. I choć konfrontacja z policją nie robi na mnie wrażenia (pikiety i demonstracje są wpisane w działalność związkową), poczułem, że w tym właśnie momencie runęła fasada akademii, obnażając nagie relacje władzy. Potem tę bezprecedensową groźbę wezwania policji próbowano tłumaczyć w mediach, w absurdalny sposób, obecnością na sali anarchistów[48]. Politycznie mógłbym się określić jako anarchokomunista, ale poza mną z poznańskiego środowiska anarchistycznego nie było akurat nikogo. A w pojedynkę raczej trudno byłoby mi, nawet mimo szczerych chęci, stworzyć anarchistyczną bojówkę, wymagającą interwencji stróżów prawa („No, Rafał, szacun!” – żartowała z medialnej strategii zarządzania kryzysowego UAP-u Ruda, towarzyszka z Inicjatywy Pracowniczej i aktywistka Federacji Anarchistycznej, gdy usłyszała wyjaśnienia władz z anarchistami w głównej roli). Sprawiało to wszystko wrażenie, jakby wdrożono metody zarządzania uniwersytetem inspirowane „doktryną szoku” (w rozumieniu Naomi Klein[49]). Groźba wezwania policji na uczelnię była momentem, w którym straciłem nadzieję na to, że po ostrej kampanii wyborczej zwycięzca, który uzyskał miażdżącą przewagę (zdobył 47 głosów elektorskich na 50 możliwych), a tym samym mocną legitymację władzy, zasypie powstałe podziały i będziemy mogli wspólnie pracować dla dobra naszej Szkoły. Zresztą zgodne z postulatem „umożliwienia pracownikom i studentom swobodnej inicjatywy wyrażania opinii i poglądów”, na który kładł nacisk jeszcze jako kandydat i który brzmiał, trzeba przyznać, całkiem sensownie i obiecująco. Incydent w pracowni Kozłowskiego uświadomił mi gdzie jesteśmy. Wówczas łatwo już było przewidzieć, co będzie działo się dalej. W trakcie pierwszej kadencji obecnych władz (a więc lat 2016-2020) przeważały zwolnienia pracownic biurowych, których nie zwykło się w ogóle postrzegać w kategoriach „społeczności akademickiej” (dotykamy tu problemu silnie zakorzenionego w środowisku naukowym klasizmu), w związku z czym wykładowcom trudno było się z nimi solidaryzować – kobiety odchodziły z pracy, w której spędziły niekiedy kilka dekad, po cichu. Po którychś wakacjach, gdy wróciłem na egzaminy wstępne, okazało się, że w pionie administracji już prawie nikogo nie znam. A  ponieważ jest to mała uczelnia, budowane przez lata relacje były przyjazne, wręcz rodzinne. Gdy zapytałem jedną z tych pracownic, które zdołały się jeszcze utrzymać, co się właściwie stało – usłyszałem: „My też już jesteśmy na wylocie. Ale chodzą słuchy, że jak tylko skończą z nami – zabiorą się za was” (tzn. dydaktyków). I tak właśnie się dzieje (o czym dalej).

Kultura zarządzania szkolnictwem wyższym za pomocą neoliberalnych metod audytu (plan naprawczy) staje się coraz bardziej powszechna. Argumenty rentowności, z którymi trudno polemizować, gdyż wydają się „eksperckie” oraz „obiektywne”, to dobrze naostrzone nożyce – niezwykle użyteczne i niebezpieczne narzędzie w rękach uczelnianych władz[50]. Przeciwstawiając językowi rentowności – a więc retoryce koniecznej, racjonalnej reorganizacji – argument wzajemnej solidarności czy wspólnotowości dajemy niejako wyraz niezrozumienia tego, co rzekomo nieuchronne w aspekcie ekonomicznym. Symptomatyczny jest w tym przypadku sposób zachowania zarządzających uczelnią, który przywodzi na myśl analogie do działań podejmowanych przez prezesów bądź właścicieli przedsiębiorstw. Jak to określił Krystian Szadkowski: „w ramach współczesnych transformacji systemów szkolnictwa wyższego mamy do czynienia z fundamentalnymi i wielopoziomowymi przekształceniami publicznych instytucji szkolnictwa wyższego, w sposób, w którym w coraz większym stopniu zmuszone są one odwzorowywać logikę akumulacji kapitału z wszystkimi jej konsekwencjami – innymi słowy, działać i zarządzać pracą jak kapitalista”[51]. W praktyce retoryka rentowności posłużyć może nie tyle redukcji/cięciu etatów co po prostu wymianie kadr. I tak właśnie było w opisanym przypadku. Nie bardzo nawet wiadomo jak temu przeciwdziałać, bo na obradach senatu naszej uczelni przedstawicielom związków zawodowych, którzy – zgodnie ze Statutem UAP – są „głosem doradczym”, nie wolno się odzywać. Władza imputuje nam-związkowcom z OZZ Inicjatywa Pracownicza oraz NSZZ Solidarność (która jest obecnie w sporze zbiorowym z pracodawcą) zamiar dokonania obstrukcji obrad[52] (choć nie dała ani jednej okazji dowiedzenia owego zamiaru). Dla porządku warto dodać, że w UAP działa jeszcze jeden, trzeci, tzw. „żółty” związek zawodowy.

Powrót perspektywy klasowej

Inspiracją realizowanego w prowadzonej przeze mnie pracowni tematu były także przemyślenia Didiera Eribona o klasowych uwarunkowaniach edukacji zawarte w bardzo osobistej książce tego francuskiego socjologa i filozofa, pt. Powrót do Reims (2019), pokazującej – na przykładzie doświadczeń autora – jak uwarunkowania klasowe determinują los i jak trudno jest, pomimo wykształcenia, wyrwać się z kondycji, którą dziedziczymy wraz z urodzeniem. Eribon postrzega system szkolny jako „piekielną machinę, nawet jeśli nie zaprogramowaną w określonym celu, to przynajmniej zaprogramowaną tak, żeby osiągnąć obiektywny rezultat: odrzucić dzieci z klas ludowych, uwiecznić i uprawomocnić dominację klasową, zróżnicować dostęp do zawodów i pozycji społecznych”[53]. Dlatego też Arturo, pasierb Lulù Massy z filmu Klasa robotnicza idzie do raju, nie miałby raczej szans na wyrwanie się z kondycji, którą determinuje jego otoczenie rodzinne (pozycja klasowa matki i ojczyma). „Wyroki są – pisał Eribon – wyryte rozpalonym żelazem na naszych ramionach, a miejsca, które będziemy zajmować, określa i ogranicza to, co nas poprzedza: przeszłość naszej rodziny i środowisko, w którym przychodzimy na świat”[54]. Dziecko robotnika, stwierdza  autor Powrotu do Reims, „przynależność klasową czuje we własnym ciele”[55]. Nieco inaczej określił to Ivan Illich: „W miejsce zrównywania szans system szkolny zmonopolizował ich dystrybucję”[56]. Możliwość studiowania, zwłaszcza sztuki, jest przywilejem nielicznych – uprzywilejowanych. Ale jest też obietnicą, w znacznie większym stopniu niż inne studia – zazwyczaj niespełnioną – awansu społecznego. Klasowy coming out Didiera Eribona jest mi skądinąd osobiście bliski – nie pochodzę z rodziny z artystycznymi tradycjami ani z rodziny z tzw. koneksjami, studiowanie wymagało wiele wyrzeczeń od samotnie wychowującej mnie matki (ojciec nas zostawił gdy miałem rok) – jednak szersze odniesienie wymagałoby wyznań, na które brak tu miejsca. Światy społeczne, do których aspirujemy, dzieli wiele niewidzialnych granic. „Granice dzielące te światy określają wewnątrz każdego z nich radykalnie różnie postrzeganie tego, kim można być i zostać, do czego można aspirować bądź nie aspirować – wiadomo, że gdzie indziej jest inaczej, ale to się dzieje w odległym, niedostępnym świecie, więc człowiek nie czuje się wykluczony ani nawet czegokolwiek pozbawiony, jeśli nie ma dostępu do tego, co w oddalonych rejestrach społecznych stanowi – spostrzegł Eribon – równie oczywistą regułę”[57]. Illich zwraca uwagę chociażby na takie „przywileje”, jakimi są „rozmowy i książki z domowej biblioteki lub wyjazdy wakacyjne oraz inne postrzeganie samego siebie”[58]. Dotykamy tu problemu dziedziczenia – nie tylko kapitału ekonomicznego, ale również kapitałów: symbolicznego i społecznego. „Jeżeli chodzi o kapitał kulturowy, to w rodzinach o wyższym statusie społecznym – zwrócił uwagę Henryk Domański – wychowanie dzieci podporządkowane jest perspektywicznej strategii edukacyjnej: dostarczania im motywacji, wdrażania do obowiązku systematycznej nauki, wyboru najlepszej szkoły średniej i zdobywania wiedzy na dodatkowych zajęciach. Wysoki kapitał społeczny w postaci obracania się w odpowiednim towarzystwie, posiadania znajomości i właściwych kontaktów wyposaża w wiedzę o mechanizmach awansu edukacyjnego, zapewnia szeroką perspektywę poznawczą i może ułatwić dostęp do dobrej uczelni czy szkoły”[59]. Dyplom potwierdzający wyższe wykształcenie, a nawet doktorat, jeśli dziecku z rodziny robotniczej wystarczy determinacji i szczęśliwie przebrnie kolejne szczeble edukacji, na niewiele się zdaje, jeśli rodzinie brak odpowiednich kontaktów. Jak wyznał Eribon: „wartość dyplomu i możliwości jakie daje, zależą od kapitału społecznego, jakim człowiek dysponuje, i od informacji koniecznych do tego, by opracować strategię przekształcenia tytułu naukowego w perspektywy kariery zawodowej. W takich sytuacjach pomoc rodziny, stosunki, sieć znajomości itp. – wszystko przyczynia się do nadania dyplomowi autentycznej wartości na rynku pracy”[60]. Rynkiem pracy dla absolwenta wyższej uczelni, zwłaszcza po doktoracie (studia doktoranckie cieszą się coraz większym zainteresowaniem), najczęściej jest właśnie sektor edukacyjny. A w polskim, feudalnym środowisku akademickim, musimy pamiętać nie tylko o zaniżaniu poziomu uczelni artystycznych wynikającym ze strachu prowadzących pracownie przed zatrudnieniem asystentki czy asystenta, mogących ich przyćmić swą aktywnością oraz dokonaniami, ale i o dodatkowym murze, jakim jest kwitnący proceder ustawiania konkursów czy wszechobecny, niespecjalnie nawet skrywany, nepotyzm, przybierający niekiedy karykaturalny – ale za to niezmiernie wdzięczny, bo anegdotyczny – wymiar (np. żarty nawiązujące do rządowego Programu Rodzina na Swoim).

Autoetnografia w ujęciu Oskara Szwabowskiego

Kolejną i najważniejszą inspiracją była brawurowo napisana książka, wielokrotnie już przywołana w tym artykule, Oskara Szwabowskiego, pt. Nekrofilna produkcja akademicka i pieśni partyzantów (2019). Książka, którą – choć autor używa narzędzi stricte naukowych – czyta się zupełnie inaczej niż „nekrofilne” – chciałoby się rzec – artykuły akademików. Narracja Szwabowskiego się rwie, pewne wątki znikają i wracają w nieoczekiwanych momentach, prywatne staje się polityczne i przeplata się z refleksją teoretyczną, ta zaś z poezją. Tekst ma charakter patchworkowy. Autor wyznaje: „pisząc, chcę pisać przeciwko totalitaryzmowi rynku i dla utopii”[61]. Lektura książki Oskara Szwabowskiego (jedyna w zeszłym roku akademickim), której tak wiele zawdzięczam (czytając odnosiłem czasami wrażenie jak gdyby autor w niezwykle precyzyjny sposób opisywał moje doświadczenia), miała przede wszystkim pozwolić studentom lepiej zrozumieć ich własną pozycję studentki/studenta w strukturze fabryki wiedzy, ale poniekąd również zrekompensować im nieobecność czy raczej trudny do wytłumaczenia brak w programie studiów artystycznych, w tym również kierunków edukacyjnych, socjologii oraz pedagogiki krytycznej (krytycznej teorii społecznej), militant research czy participatory action research (PAR). „Metodologiczny aspekt «zwrotu społecznego» jest jednym z wyzwań, przed którymi stają – przekonuje Clair Bishop – historycy sztuki i krytycy zajmujący się poszerzonym polem sztuki współczesnej. Artystyczna partycypacja domaga się nowych sposobów analizowania sztuki, które nie będą już związane wyłącznie z wizualnością, nawet jeśli najważniejszym medium komunikowania pozostanie forma[62]”. Niestety, uczelnie artystyczne wydają się w tej kwestii zapóźnione, co trudno złożyć na karb „akademizmu” dzisiejszej akademii. Od Szwabowskiego właśnie zapożyczyłem pojęcie „autoetnografii”/„współautoetnografii” pracy akademickiej, funkcjonującego w antropologii kulturowej od lat 70. XX w., któremu obecne rozumienie, odrzucające dychotomię pomiędzy badaczem a badanym, nadały Laura Ellingson i Carolyn Ellis. Autoetnografia to metoda odsyłająca do tzw. dociekań robotniczych (workers inqiry), które są wyrazem „samodzielnej aktywności ludzi pracy, którzy poprzez analizę własnej sytuacji społecznej rozpoznają mechanizmy wyzysku i zniewolenia”[63], więc m.in. do bliskiego mi anarchosyndykalizmu, operaizmu (komunizmu robotniczego). Dociekania robotnicze, jako forma radykalnego myślenia, uwikłane są w konflikt klasowy w miejscu pracy, oddają głos wykluczonym na ich własnych warunkach. Tworząc horyzontalne relacje w grupach badawczych odrzucają hierarchie oraz utowarowienie, a tym samym fetyszyzację władzy-wiedzy. Ich celem jest zaś walka o bardziej sprawiedliwe społeczeństwo i rewolucyjna zmiana społeczna. Znoszą one podział na badaczy i badanych, a tym samym figurę „specjalisty” (każdy – w bojowej wspólnocie przyjaciół – jest zarówno studentem jak i nauczycielem).

Autoetnografia nie wypracowała własnej metodologii. „Opowieści autoetnograficzne dryfują przez to, co osobiste i społeczne, ukazując wzajemne uwarunkowania, uwikłania z perspektywy – pisał Szwabowski – jednostki przeżywającej swoje istnienie w konkretnych sytuacjach”[64]. Autoetnografia jest poszukiwaniem innej, nieprzemocowej pedagogiki, gdyż „zaprasza do dialogu, własnego dopisywania, przepisywania, współodczuwania i współrozumienia. Teksty autoetnograficzne nie stanowią przekazu informacji, co też zrywa z modelem transmisyjnym (zarówno w nauce, jak i w dydaktyce) na rzecz pedagogiki krytycznej, transformacyjnej”[65]. Zamierzałem, wspólnie ze studentkami i studentami pracowni, przyjrzeć się krytycznie ramie, w której wszyscy funkcjonujemy, i którą zwykliśmy – w akademickiej rutynie – traktować jako przeźroczystą. Służyć to miało lepszemu rozpoznaniu naszego – studentów i pracowników – położenia oraz interesów/konfliktów w murach fabryki edukacyjnej. Autoetnografia może też pełnić funkcje terapeutyczne – a ściślej: autoterapeutyczne. Do tego swoistego eksperymentu (wcześniej przez dwa lata zajmowaliśmy się – wspólnie z Katarzyną Czarnotą oraz studentami z Instytutu Socjologii UAM oraz Pracowni Pytań Granicznych UAM – problematyką udziału artystów w procesach gentryfikacji) zachęciły mnie słowa zawarte w książce Szwabowskiego, który jest także poetą: „Poezja, język artystyczny, jest czymś, co lepiej pozwala oddać nasze życie, to, co nam się przydarza, prowadząc nas w stronę sensów i znaczeń, a nie czystej informacji”[66]. Szwabowski opisał doświadczenia zebrane przy okazji realizacji ze studentami dwóch projektów autoetnograficznych. W pierwszym postawił problem etyki i filozofii w edukacji, w drugim zaś studenci mieli „sproblematyzować własną sytuację bycia studentem”[67]. Książka jest zapisem zmagań – sukcesów i porażek, nadziei i rozczarowań. Długo zabiegałem o to, żebyśmy mogli zaprosić Oskara Szwabowskiego z wykładem do Poznania. Niestety, wydział dotąd nie znalazł środków (nie poddaję się jednak i nie rezygnuję ze starań).

W Pracowni Sztuki w Przestrzeni Społecznej mamy do dyspozycji różne media, które mogą posłużyć jako narzędzia przepracowywania traum związanych ze studiowaniem, albo narzędzia anarchistycznego oporu, sabotażu (partyzantki komunikacyjnej), bądź też narzędzia rozbrajania dominujących na uczelniach mitów, którym ulegamy i które – czasami bezwiednie – powielamy. Tym bardziej, że artystyczne działania, są w przeświadczeniu Szwabowskiego: „innymi sposobami poznania, które są społecznie zaangażowane”[68]. Za pomocą języka sztuki współczesnej, języka wizualnego, możemy próbować przenieść negatywne doświadczenia w inną przestrzeń. Autoetnografia jest tu punktem wyjścia, który może (ale nie musi) doprowadzić do realizacji projektu artystycznego, mogącego mieć subwersywny charakter. W ten właśnie sposób użyłem szkalującego mnie paszkwilu autorstwa dziekan wydziału na którym pracuję, czyli Opinii dotyczącej pracownika Wydziału Edukacji Artystycznej i Kuratorstwa dr hab. Rafała Jakubowicza, prof. nadzw. UAP, odczytanego podczas jednej z rad wydziału, na którym jestem zatrudniony, tworząc książkę artystyczną czy też książkę unikatową, pt. Ciało pedagogiczne i władza (2019), prezentowaną na wystawie pt. Tam, gdzie ciebie nie ma w Trafostacji Sztuki w Szczecinie. Z tą pracą wiąże się pewna anegdota. Otóż kilka dni po wernisażu, na schodach budynku głównego uczelni zaczepił mnie prawnik UAP po to, żeby zapytać, czy zdaję sobie sprawę, że „są uczucia innych osób, które mogę naruszyć” (do dziś właściwie nie wiem kogo on w tej dość zaskakującej dla mnie rozmowie reprezentował i pewnie już się tego nie dowiem – bo choć stwierdził, że będzie musiał się z tą „publikacją” zapoznać i na pewno się w tej sprawie spotkamy, to dotąd się nie spotkaliśmy).

Egzamin – hierarchiczny nadzór i normalizująca sankcja

I wreszcie ostatnią z inspiracji był film autorstwa Oliwii Szepietowskiej, pt. Egzamin (2019), który powstał w Pracowni Sztuki w Przestrzeni Społecznej w roku akademickim 2018/2019 i który prezentowaliśmy na wystawie końcoworocznej pt. Nie zawsze laurka w poznańskiej Galerii Tak. „Sukces władzy dyscyplinarnej – pisał Michel Foucault – należy zapewne przypisać wykorzystaniu prostych sankcji i ich kombinacji w specyficznej procedurze tej władzy – w egzaminie”[69].

Film Egzamin jest prosty. Kamera ustawiona została w taki sposób, że w kadrze widzimy charakterystyczną szkolną ławę oraz dłonie kobiety malującej paznokcie czerwonym lakierem (nawiązanie do ciągle obecnego na uczelniach seksizmu). Czynność staje się coraz bardziej nerwowa, obsesyjna, a przez to niedokładna. Brak dźwięku, co sprzyja skupieniu. Za to pojawiają się napisy (możemy „podłożyć” pod nie barwę oraz ton głosu naszych wykładowców). Odbiorca szybko orientuje się, że są to kolejne pytania zadawane studentce podczas egzaminu. „Egzamin łączy w sobie techniki hierarchii, która nadzoruje, i sankcji, która normalizuje. Jest spojrzeniem normatywnym, nadzorem pozwalającym – pisał Foucault – oceniać, klasyfikować i karać”[70]. Zdaniemfrancuskiego filozofa „egzamin jest najbardziej zrytualizowany spośród wszystkich instytucji dyscyplinarnych. Spotkały się w nim ceremoniał władzy i forma doświadczenia, pokaz siły i ustalanie prawdy. W centralnym punkcie dyscyplinarnych procedur manifestuje on ujarzmienie tych, których postrzega się jako obiekty, i obiektywizację tych, których się ujarzmia. Podczas egzaminu nakładanie się stosunków władzy na relacje wiedzy staje w pełnym blasku”[71]. Władza oraz symboliczna przemoc, na jaką pozwala hierarchiczna relacja wykładowca-student (zwłaszcza zaś wykładowca-studentka), najwyraźniej sprawia egzaminującemu satysfakcję. „Na polskich uczelniach nie zachowuje się nawet pozorów rozłączności funkcji nauczyciela i egzaminatora, zatem zwyczajny nadzorca (a nie żaden mistrz) zainteresowany jest jedynie poziomem zgodności testowych odpowiedzi z przyjętym wzorcem. Tym samym – konstatuje Piotr Kowzan – uniwersytety zaczęły przypominać fabryki”[72]. Oliwia Szepietowska, choć nie odniosła się do konkretnej sytuacji (autorka studiowała również historię sztuki na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza oraz Uniwersytecie Jagiellońskim), w niezwykle sugestywny sposób oddała napięcie oraz atmosferę lęku, strachu oraz stresu towarzyszące zdawaniu niektórych egzaminów na studiach. W przekonaniu autora Nadzorować i karać „egzamin zajmuje centralną pozycję wśród procedur, które konstytuują jednostkę jako skutek i przedmiot władzy, jako skutek i przedmiot wiedzy. On to, łącząc hierarchiczny nadzór z normalizującą sankcją, utrwala podstawowe funkcje dyscyplinarne: repartycji i klasyfikacji, maksymalnego wyzyskania sił i czasu, ciągłej genetycznej kumulacji, optymalnego łączenia umiejętności”[73].

Rytuał egzaminowania odbywa się w określonej scenerii, w przestrzeni której materialna organizacja zwykle wiąże się ze zinstytucjonalizowanym przymusem. Nauka i kultura w fabrykach wiedzy/sztuki się narzędziem dyscypliny, konformizacji i segregacji. „Celem uczenia się staje się zdawanie egzaminów. A wyniki egzaminów – pisał Piotr Laskowski – stają się przepustką do sukcesu dla zwycięzców i uzasadnieniem wykluczenia dla przegranych. W tych samych warunkach zresztą nawet dla zwycięzców wiedza nie jest przestrzenią wolności, a jedynie środkiem niezbędnym do uzyskania życiowego sukcesu”[74]. System akademicki zmusza studentów do bezsensownego najczęściej wysiłku, przypominającego pracę akordową, w którym wykładowcom pozostaje funkcja kontrolerów jakości. A zapamiętana na potrzeby egzaminu wiedza i tak zostanie szybko zapomniana. Gest „neurotycznego” malowania paznokci czerwonym lakierem może zostać odczytany jako aluzja do autoagresji (autoagresywnego oporu), do samookaleczeń, które stanowią jedną z praktyk radzenia sobie z cierpieniem powodowanym doświadczanym wyobcowaniem oraz presją. „Władze uniwersytetu oczekują, że studentów wykonujących więcej pracy – pisał Harry Cleaver – ocenię lepiej, niż tych, którzy pracują gorzej, a tych, którzy odmówią wykonania większej pracy, obleję. Zgodnie z założeniami Marksa, jako wykładowca powinienem produkować i reprodukować siłę roboczą – zdolność i gotowość podlegających mi studentów do podjęcia pracy”[75]. Cleaver zwrócił uwagę, że obawy związane z egzaminami „mogą powodować migreny, poty, bezsenność i opryszczkę. Prowadzą również do szkodliwych dla zdrowia praktyk, takich jak zażywanie narkotyków (kofeiny i amfetaminy w celu zwiększenia koncentracji, nikotyny czy środków uspakajających w celu redukcji napięcia, itd.) czy zaburzeń w odżywianiu”[76]. A nie trzeba chyba przekonywać nikogo, kto zetknął się ze służbą zdrowia – zwłaszcza w Polsce, jak trudno uzyskać w takiej sytuacji fachową pomoc. I że depresja wiąże się z dodatkowym napiętnowaniem.

Studenci czyli pracownicy

Harry Cleaver spostrzegł, że egzaminowanie prowadzi studentów do izolacji i samotnego podejmowania wyzwań. „Każdy ze studentów samemu przechodzi egzaminy i każdy otrzymuje ocenę. Ponieważ przyznanie specjalistycznych programów, akademickich stypendiów, studiów doktoranckich i perspektywy związane z przyszłą pracą w znacznej mierze zależą od ocen, studenci rzadko podchodzą z dystansem do egzaminów i osiąganych wyników. Wręcz przeciwnie, są one – pisał Cleaver – podstawowym celem ich pracy zarówno w salach wykładowych, jak i poza nimi”[77]. Systematyczna kontrola wiedzy studentów-pracowników fabryki (dla Cleavera studiowanie jest pracą), którą ci zobligowani są przysposobić podczas studiów, dokonywana przez egzaminatorów-nadzorców, znajduje rekompensatę w osobliwym „wynagrodzeniu”. Jego „walutą” są emitowane przez system uniwersytecki punkty ECTS. Znoszone przez studentów latami upokorzenia doskonale przygotowują ich do bycia w przyszłości uległymi i posłusznymi pracownikami. „Podporządkowanie edukacji rynkowi – przekonywał Szwabowski – nie musi oznaczać uczenia konkretnych zawodów czy technicznych umiejętności. Jak spawanie, projektowanie stron. Ważniejsze jest aby uczniowie i studenci potrafili się nudzić bez podejmowania praktyk oporowych”[78]. Dlatego, jak pisał Krystian Szadkowski „nie wystarczy dokonać reorganizacji stosunków panujących w miejscu pracy, lecz trzeba podważyć ogólną władzę transnarodowego stowarzyszenia kapitałów nad globalnym polem akademickim”[79]. Miejscem, w którym czas i przestrzeń podlegają najbardziej sztywnym regułom i w którym najsilniej odzwierciedla się akademicka hierarchia jest, rzecz jasna, sala wykładowa (pełna ław podobnych do tej, jakiej użyła Oliwia Szepietowska). „Można powiedzieć, że studenci w sali wykładowej należą do grupy, której członków – stwierdził Cleaver – nie łączy nic poza przymusem siedzenia w tym samym pomieszczeniu, zdawania tych samych egzaminów i bycia ocenianym przez tego samego wykładowcę”[80]. Paradoksalnie, kolejne neoliberalne reformy szkolnictwa wyższego, coraz bardziej sprowadzające pracę akademicką do systemu fabrycznego, tworzą, jak twierdzi Oskar Szwabowski, warunki do wyzwolenia pracowników[81] – studentów oraz wykładowców. Bo tam gdzie pojawiają się wyzysk i ucisk zawsze rodzi się również marzenie o wyzwoleniu, wzrasta bunt skutkujący testowaniem praktyk indywidualnego i kolektywnego (zorganizowanego) oporu

Piotr Kowzan spostrzegł, że „hierarchiczne stosunki pracy, jakich doświadcza student w swojej pracy, uczą, że jest on człowiekiem niekompletnym. Kimś, kto dopiero «staje się» pełnowartościowym człowiekiem. Kimś, kto ma do wypełnienia liczne braki, które uzupełni poprzez pracę na studiach”[82]. W realiach kapitalistycznej „szkoły-jako-fabryki”, będącej – jak to fabryki – polem walki, egzaminy oraz testy służą – co udało się uchwycić Oliwii Szepietowskiej w filmie Egzamin – jedynie narzucaniu dyscypliny i sprawdzaniu stopnia poddania się jej przez studentów[83]. Konieczność egzaminowania i wystawiania ocen jest przymusem, który niszczy relacje zbudowane przez wykładowców ze studentami. „Choć zostawia mi się nieco swobody dotyczącej tego, «jak» oceniać, to same oceny muszą być wystawione, pod groźbą utraty pracy”[84] – skonstatował Cleaver. Ocenianie nie wszystkim jednak sprawia trudności. „Pewni wykładowcy czerpią – pisał Cleaver – sadystyczną radość ze sprawowania dominacji w formie psychologicznej czy seksualnej, co umożliwia im ten system”[85]. W końcu adaptowali się do niego przez wiele lat. Wystawianie ocen, mające wpływ na przyszłość studentów, jest formą sprawowania władzy. „Jestem zmuszony – wyznaje Cleaver – narzucać studentom obowiązek pracy i ich oceniać, oni natomiast z tego powodu cierpią bez względu na to czy odczuwam przyjemność, czy też żal”[86].

Należałoby zadać wiele istotnych pytań – z perspektywy klasowej – o sens pracy studentów oraz ich kondycję w rzeczywistości uniwersytetu – czyli fabryki właśnie. „Pytanie o sens pracy studentów nie wydaje się pytaniem nieuzasadnionym. Możliwe, że jest ono najistotniejsze” – stwierdził Oskar Szwabowski[87]. Przystępując do realizacji projektu poprosiłem studentki oraz studentów o to, żeby zastanowili się nad  pytaniami: Co się dzieje z człowiekiem na studiach? Jakiego człowieka stwarzają wymagania pracy-studiowania? Co przesądziło o tym, że zdecydowaliśmy się studiować sztukę? Z jakimi oczekiwaniami przyszliśmy na uczelnię artystyczną? Dlaczego spośród uczelni artystycznych wybraliśmy Uniwersytet Artystyczny? Dlaczego Wydział Edukacji Artystycznej i Kuratorstwa? W jaki sposób nasze oczekiwania spełniają się bądź rozmijają z rzeczywistością? Czy i (ewentualnie) z jakimi uprzedzeniami zderzamy na studiach? Czy na uczelni panuje klasizm? Czy kiedykolwiek doświadczyłyśmy/doświadczyliśmy przejawów seksizmu bądź nierównego traktowania? Czy ktoś ze znajomych bądź przyjaciół spotkał się z takimi praktykami? Czy to zgłaszała/zgłaszał i co to dało? Jakie antagonizmy obserwujemy w przestrzeni uniwersytetu? Czy pracodawca zachowuje parytet płci? Jeśli nie – to dlaczego? Czy bardziej równościowy uniwersytet jest możliwy? W jaki sposób instytucja akademii nas formatuje? Jak pracownie artystyczne, w których studiujemy, kształtują nasze postawy twórcze? W jaki sposób ich programy nas ograniczają? Czy mamy dostęp do sprzętu, który potrzebujemy? Czy ktoś pomaga nam w obsłudze tego sprzętu? Czy sami finansujemy materiały, na których pracujemy, czy też materiały zapewnia nam uczelnia? Jakie koszty finansowe naszych studiów ponoszą rodzice? Z jakimi wyrzeczeniami związane jest studiowanie sztuki? Jak wyglądają panujące na uniwersytecie hierarchie i relacje władzy (także w grupach rówieśniczych)? Czy w uczelni jest miejsce na oddolne inicjatywy? Czy raczej oczekuje się od studentów podporządkowania rytmowi programu/rozkładu zajęć? Czy głos studentek i studentów na uniwersytecie jest słyszalny i czy władze się z nim liczą? Czy zdarza nam się doświadczać alienacji? Czy realizowane na zaliczenie prace dają poczucie sensu i spełnienia? Czy wykładowcy szanują nasz wysiłek oraz jego efekty? Jak my sami traktujemy nasze prace zaliczeniowe? Czy tylko jako „ćwiczenia”? Czy uniwersytet jest przestrzenią sprzyjającą współpracy? Czy raczej przestrzenią nieustannej rywalizacji i związanej z nią atomizacji jednostek? Czy współpraca w przestrzeni dzisiejszego uniwersytetu jest w ogóle możliwa? Czy jej pragniemy? Czy odczuwamy presję ze strony wykładowców, rodziców, bliskich, koleżanek i kolegów? Czy staramy się robić więcej niż wynika to z nałożonych na nas obowiązków, np. uczestniczyć w wystawach, konferencjach, publikować? Czy angażujemy się w pracę o charakterze wolontariatu, a jeśli tak – to dlaczego? Czy praktyki studenckie, które jesteśmy zobowiązani odbyć w trakcie studiów, przekładają się na nabycie realnych i przydatnych umiejętności – czy są tyko stratą czasu? Czy mamy problemy z przystosowaniem do systemu edukacyjnego i jak je odreagowujemy? Czy czujemy się obciążeni, przytłoczeni, zmęczeni, wreszcie – wypaleni? Czy próbujemy podejmować odpór? Jeśli tak – to w jaki sposób? Czy może zdarzyło się nam np. zdrzemnąć, sprawdzić pocztę, przeczytać artykuł w gazecie na nudnych zajęciach? Czy traktujemy to w kategoriach „oporu”? Jak na stres reagują nasze ciała? Czy zapadamy na depresję i (ewentualnie) jak z nią sobie próbujemy radzić? Czy wspiera nas otoczenie? Czy nasze uwarunkowania klasowe pozwalają nam na komfort studiowania? Czy też jesteśmy zmuszeni łączyć naukę ze śmieciową pracą zarobkową? Jak zarabianie wpływa na proces studiowania? Czy wykładowcy są wyrozumiali wobec pracujących studentów? Jak łączymy studia z pracą opiekuńczą – np. nad dziećmi czy członkami rodziny? Jak wykładowcy odnoszą się do ciężarnych studentek albo studentek-matek? Czy możemy ubiegać się o stypendium i czy jest ono realnym wsparciem? Czy możemy liczyć na zapomogi socjalne? Czy mieszkamy w akademiku, w mieszkaniu studenckim, z rodzicami? Czy musimy dojeżdżać do pracy uczelni? Jak warunki mieszkaniowe wpływają na nasze wyniki w nauce? Czy próbujemy łączyć studia artystyczne z innymi studiami po to żeby zwiększyć naszą pozycję przetargową na rynku pracy? Czy myślimy o kolejnych studiach po dyplomie? Jeśli tak – to jakich? Jak rozumiemy pojęcie „wspólnoty akademickiej”? Czy czujemy się jej częścią? Czy jako studenci jesteśmy w stanie się organizować i uczestniczyć w walkach prowadzonych także poza uniwersytetem? Czy mamy dość zapału, sił i energii na uprawianie aktywizmu? Czy wierzymy w to, że studenci – jeśli będą potrafili się organizować – mogą mięć na coś wpływ? Czy interesuje nas to jak Ustawa 2.0. zmieni uniwersytet? A może jest to nam kompletnie obojętne? Czy obawiamy się postępującej komercjalizacji studiów? Czy od uczelni oczekujemy tylko przygotowania do zawodu (cokolwiek to oznacza)? Czy mamy już sprecyzowane wyobrażenie tego, co chcielibyśmy robić po studiach? A jeśli się nie uda – to czy mamy alternatywę? Czy chcielibyśmy zostać i pracować na uczelni? A może pragniemy jak najszybciej otrzymać dyplom i opuścić jej mury? Skoro nie uczelnia – to może funkcjonowanie na rynku sztuki? Albo praca w instytucji kultury? Agencja reklamowa? Przebranżowienie? Boimy się prekarnej czy też projektariackiej kondycji (w kontekście koncepcji projektariatu Kuby Szredera[88])? A może właśnie pragniemy być freelancerami? Czy studiowanie sztuki było przemyślaną decyzją? Czy – zakładając, że moglibyśmy ponownie dokonać wyboru – również wybralibyśmy uczelnię artystyczną?

W potrzasku

Moje doświadczenia związane z negatywną oceną okresową spowodowały, że bardzo obawiałem się minionego roku akademickiego. Obawiałem się, że pracownia nie będzie funkcjonować tak sprawnie i z takim zacięciem oraz impetem jak poprzednich latach, gdy na zaproszenie Grzegorza Klamana uczestniczyliśmy w projekcie pt. Media><Nacje w Instytucie Sztuki Wyspa( 2013), gdy w ramach wspomnianego już, realizowanego wspólnie z Katarzyną Czarnotą, Instytutem Socjologii UAM, Pracownią Pytań Granicznych UAM oraz Galerią Tak interdyscyplinarnego projektu poświęconego udziałowi artystów w procesach gentryfikacji (2017-2018), do którego udało nam się zaprosić wielu gości (Jarosława Urbańskiego, Dorotę Grobelną, Piotra Bujaka, Łukasza Surowca, Marka Krajewskiego, Stanisława Rukszę, Mikołaja Iwańskiego oraz Anetę Szyłak, Tomasza Fudalę, Rafała Czekaja i Szymona Pietrasiewicza, Łukasza Drozdę, Piotra Juskowiaka, Antka Wiesztorta i Marię Burzę oraz Jacka Drozdę), gdy na pokazie w Muzeum Sztuki w Łodzi, pt. Musisz mi opowiedzieć o ważce, wspólnie z Joanną Sokołowską oraz Julią Popławską i Jarosławem Urbańskim prezentowaliśmy filmy studentów (2016)[89], gdy z Mikołajem Iwańskim i Wydziałem Malarstwa i Nowych Mediów Akademii Sztuki w Szczecinie przygotowaliśmy wystawę pt. Godzina Trzech Wiedźm w Galerii Piekary w Poznaniu (2016)[90], czy też gdy uczestniczyliśmy w VideoNews 2017[91] w Galerii Labirynt w Lublinie – by podać tylko kilka przykładów. Obawiałem się, że po takim „przeczołganiu”, jakiego doświadczyłem na uczelni, nie starczy mi sił, energii i zapału koniecznych do prowadzenia zajęć inspirujących dla studentów. Pracownia Sztuki w Przestrzeni Społecznej funkcjonuje bez przestrzeni (w zeszłym roku akademickim z dnia na dzień zostaliśmy pozbawieni sali wpisanej w plan zajęć, o czym nikt nas nawet nie powiadomił), bez asystentki/asystenta i bez sprzętu. W związku z moją negatywną oceną widmo jej całkowitej likwidacji – również jako idei – stało się realne. Obawiałem się, że będę bardziej zaabsorbowany pisaniem odwołań, zgłoszeń o mobbingu i pozwów sądowych, a także oświadczeń i stanowisk związkowych niż pracą dydaktyczną. I tak to właśnie wygląda – moje obawy się potwierdziły. Czuję się wypalony i wiem, że niektórym właśnie o to chodziło (nie – to nie jest paranoja). Dlatego jedyne co mogłem zrobić to spróbować sproblematyzować i przepracować nasze wspólne (studentów i wykładowców) doświadczenia funkcjonowania w opresyjnej instytucji jaką jest uniwersytet. Na początku roku akademickiego obiecałem studentom, że będę pracował razem z nimi. Innymi słowy: że zrealizuję własny autoetnograficzny projekt. Wówczas nie wiedziałem jeszcze, że przybierze on formę niniejszego artykułu.

Coaching

Jedną z niewielu prac, zrealizowanych w semestrze zimowym roku akademickiego 2019/2020, jest czarno-biały, kręcony „z ręki” film autorstwa Mariki Opas, pt. Ćwiczenia postartystyczne (2020) – zapis dokamerowego performance. Scena rozgrywa się w pracowni rysunkowej bądź malarskiej, o czym świadczą rozstawione sztalugi. Jest to standardowe wyposażenie sal, typowy anturaż akademii sztuki. Ćwiczenia ze skakankami wykonywane przez autorkę – kształcenie samodyscypliny, wytrzymałości w dążeniu do wyznaczonego celu – odnoszą się do jej doświadczenia studiowania na dwóch kierunkach jednocześnie. Jesteśmy świadkami jak autorka traci siły i od nowa podejmuje wysiłek, stając do kolejnej, i następnej próby. Zmęczenie sprawia, że brak pożądanych efektów. Przerwy stają się coraz dłuższe, oddech szybszy i płytszy. Rozwiązują się sznurowadła. Przeciążony organizm wyraźnie odmawia posłuszeństwa. Wielu z nas (poza mną – bo nie znoszę sportu) uprawia aktywność fizyczną nie tyle w trosce o zdrowie, co raczej o idealną sylwetkę, która jest istotnym atutem w snobistycznym środowisku twórców i odbiorców sztuki współczesnej.

„Uczniowie-konsumenci zostali – pisał Ilan Illich – nauczeni dostosowywania swoich pragnień do wartości rynkowych. Dlatego dręczy ich poczucie winy, jeśli nie postępują zgodnie z przewidywaniami sformułowanymi na podstawie badań konsumenckich, czyli nie starają się o stopnie i dyplomy, dzięki którym będą mogli należeć do wskazanej im grupy konsumenckiej”[92]. Wiedza o tym, w jaki sposób odnieść sukces, tzn. ustalić cel i rozwinąć karierę, jak najlepiej się przystosować, we właściwy sposób optymalizując podjęte działania oraz efektywnie wydatkując energię, jest domeną coachingu – relacji, której kliencki charakter jest przynajmniej uczciwy. Czyli nie jest „ubierany” w ambitnie brzmiące programy nauczania. Coaching wkracza na uniwersytety. Nie tylko w sensie metaforycznym. Również jako kierunek studiów. Póki co prywatne, ale jednak. Na stronie SGTiH Vistula możemy przeczytać: „Kierunek Coaching Stylu Życia uzyskał akredytację od Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Częścią programu studiów jest akredytowana ścieżka Approved Coaching Specific Training Hours w International Coach Federation (ACSTH ICF). To oznacza, że absolwenci tego kierunku otrzymają nie tylko dyplom ukończenia studiów magisterskich uczelni wyższej, ale również certyfikat ACSTH ICF uprawniający do wykonywania zawodu coacha oraz pełne przygotowanie do podjęcia międzynarodowego egzaminu akredytacyjnego na profesjonalnego coacha ICF na poziomie ACC (Associate Certified Coach International Coach Federation). Trzon programu studiów został opracowany według międzynarodowych standardów ICF i jest zgodny z etyką profesjonalnego coachingu”[93]. W tym kontekście nasuwają się słowa Ivana Illicha: „Społeczeństwo poddane instytucjonalizacji wartości utożsamia produkcję dóbr i usług z zapotrzebowaniem na nie. Koszt edukacji, która wytwarza w nas potrzebę na określone produkty, jest zawarty w ich cenie. Szkoła jest agencją reklamową, która ma nas przekonywać, że potrzebujemy społeczeństwa takiego, jakie jest”[94].

Na nic zdadzą się regularne treningi, coaching i cyrkowa nawet ekwilibrystyka, jeśli dokonaliśmy złego wyboru (a dla wielu studia na wiecznie niedoinwestowanym i traktowanym po macoszemu Wydziale Wychowania Plastycznego, czyli obecnie Edukacji Artystycznej i Kuratorstwa, były – tak jak dla mnie – czymś w rodzaju tylej furtki do Szkoły; wyborem zastępczym). „Nieznajomość  hierarchii szkolnych i nieobeznanie z mechanizmami selekcji prowadzą – spostrzegł Didier Eribon – do dokonywania wyborów najbardziej kontrproduktywnych, do decydowania się na ścieżki z góry przegrane, przy czym człowiek zachwyca się, że ma dostęp do tego, czego ci, którzy są wtajemniczeni, starannie unikają. Faktycznie klasy nieuprzywilejowane sądzą, że osiągają pozycje dawniej dla nich niedostępne, a tymczasem nie mają już one tej wartości i tego miejsca, jakie przyznawano im w systemie wcześniejszym. Relegowanie odbywa się wolniej, wykluczenie następuje później, ale dystans między panującymi a podporządkowanymi pozostaje nienaruszony – odtwarza się, zmieniając miejsce”[95]. Mimo to system edukacyjny utrzymuje nas w przekonaniu, że trzeba robić więcej i więcej. Więcej niż koleżanki i koledzy. „Studenci są nie tylko zachęcani do zrozumienia materiału i zdobywania dobrych stopni, ale przekonuje się ich również, że ich stopnie muszą być lepsze od innych. W ekstremalnych przypadkach taka konkurencja może prowadzić – przestrzega Cleaver – nie tylko do nietolerancji w grupie, lecz również do indywidualistycznej odmowy pomocy innym studentom poza salą wykładową ze strachu przed utratą pozycji w hierarchii[96]”.

Nieustanna rywalizacja, jakiej studenci doświadczają podczas studiów, prowadzi do atomizacji i alienacji, sprawiając jednocześnie, że będą oni w przyszłości reprodukować neoliberalne wzorce zarządzania oraz stosunki władzy i bezrefleksyjnie powielać metody dyscyplinowania, jakich sami doświadczyli. Uniwersytet wpaja, że nie należy pomagać sobie nawzajem, nie warto wspierać się tylko należy konkurować, właśnie tak jak w sporcie wyczynowym. Grać na siebie – czyli działać indywidualnie, a nie kolektywnie. Po to, żeby zachować przewagę i wygrać wyścig. A więc prawo do edukacji jawi się jako – jak to określił Nic Beuret:„wolność do nierówności”[97]. W sytuacji gdy studia artystyczne stały się masowe, dobrze jest studiować dwa, trzy kierunki jednocześnie. Innymi słowy: dywersyfikacja. „Jednostka o uszkolnionym umyśle wyobraża sobie świat – pisał Ivan Illich – jako piramidę tajemnych pakietów edukacyjnych dostępnych tylko dla upoważnionych”[98]. I dobrze byłoby jeszcze „zrobić” coś na innej uczelni, tak na wszelki wypadek. Gdyby nie wyszło. Najlepiej zagranicznej, prestiżowej, takiej co to od razu zrobi odpowiednie wrażenie w CV (jeśli oczywiście rodzice mogą takie studia sfinansować). A równolegle – być wolontariuszką/wolontariuszem, stażystką/stażystą. „Całkiem możliwe, że młodzi ludzie – pisał Szwabowski – nie utracili jeszcze nadziei, iż edukacja otworzy przed nimi drzwi do kariery, że jeśli będą tylko wystarczająco mocno pracować i chcieć, to sięgną szczytów – robiąc po kilka kierunków naraz, pracując i podejmując kolejne szkolenia, ozdabiając swoje CV niczym władze obwieszające orderami piersi generała. Wykładowcy zaś... stracili nadzieję i jedynie wykonują swoją pracę, bo jakoś na życie trzeba zarabiać”[99]. Wiadomo przecież jak to jest w tej branży – trudno cokolwiek zaplanować. Zwłaszcza karierę artystyczną. Nawet jeśli znajdzie się „coś w zawodzie” – to przecież powszechnie wiadomo, że w tzw. „kulturze” zarabia się kiepsko. „Akademia to w istocie – jak to trafnie (i brutalnie) określił Zbigniew Libera – pewna forma sponsoringu dla artysty: że ma stałą pracę, dostaje pieniądze i ubezpieczenie”[100]. Niewielkie pieniądze – dodajmy. Jak to wygląda w praktyce doskonale pokazała estońska artystka Kai Kaljo, w krótkim, stylizowanym na sitcom filmie Loser (1997), nagranym również na tle sztalug i blejtramów[101]. Mimo wszystko jednak „kariera akademicka” jest statystycznie niemalże równie wątpliwa jak artystyczna (inne są jedynie mechanizmy selekcji; niekiedy niemalże odwrócone). Tym bardziej teraz, gdy mamy kryzys i instytucje wystawiennicze zmuszone są walczyć o przetrwanie. Zaś uczelnie zaczynają wykorzystywać retorykę kryzysu w celu przeprowadzenia czystek.

100/100 czyli 100 zwolnień na 100-lecie uczelni

We wrześniu Komisja Międzyzakładowa OZZ Inicjatywa Pracownicza Przy Teatrze Ósmego Dnia, której jestem członkiem, obejmująca swoim działaniem Uniwersytet Artystyczny, otrzymała cztery „Zawiadomienia Zakładowej Organizacji Związkowej o zamiarze wypowiedzenia pracownikowi umowy o pracę na czas nieokreślony”. Dotyczyły one pracowników pionu administracji – specjalistki ds. księgowości, kustosza bibliotecznego oraz zastępczyni kierownika działu organizacji studiów i kształcenia, a także laboranta. W uzasadnieniu napisano: „Przyczyną zamierzonego wypowiedzenia jest konieczność redukcji zatrudnienia, wynikającej z trudnej sytuacji ekonomicznej pracodawcy (istotnie zmniejszona subwencja, istotnie zmniejszone przychody własne ze względu na COVID-19, wzrost kosztów funkcjonowania Uczelni)”. Podpisał rektor UAP. W tym samym miesiącu, niespełna dwa tygodnie później, otrzymaliśmy aż piętnaście kolejnych „Zawiadomień Zakładowej Organizacji Związkowej o zamiarze wypowiedzenia pracownikowi umowy o pracę na czas nieokreślony”. Tym razem dotknęły one pracowników dydaktyczno-naukowych: asystentów, adiunktów i profesorów, uczelnianych (czyli tzw. „podwórkowych”) i zwyczajnych (czasami z ponad trzydziestoletnim stażem, w tym kierowników pracowni). Na liście znaleźli się świetni artyści, znakomici pedagodzy, zaangażowani w życie uczelni. Choć przez ostatnie cztery lata zdążyliśmy się już oswoić ze zwolnieniami, czyli w języku władz – z „optymalizacją zatrudnienia”, nigdy dotąd chyba nie zwalniano tyle osób w jednym miesiącu. Wszystkie umotywowano w taki sam sposób, metodą kopiuj/wklej (pozwolę sobie przytoczyć ponownie): „Przyczyną zamierzonego wypowiedzenia jest konieczność redukcji zatrudnienia, wynikająca z trudnej sytuacji ekonomicznej pracodawcy (istotnie zmniejszona subwencja, istotnie zmniejszone przychody własne ze względu na COVID-19,  wzrost kosztów funkcjonowania Uczelni)”. Podpisał rektor UAP. Nie przeszkodziło to Arturowi Adamczakowi, starszemu specjaliście ds. komunikacji wewnętrznej i zewnętrznej UAP, stwierdzić, że „akcentowane sytuacji epidemicznej przez związkowców jako zasadniczą przyczynę zwolnień, jest czystą manipulacją”[102].

Otrzymane w 2020 roku z MKiDN subwencje i dotacje były rzeczywiście mniejsze niż w roku 2019, ale za to wyższe niż w latach 2016-2018, gdy uczelnia działała w trybie stacjonarnym organizując wystawy i wykłady gościnne. Jeszcze nie tak dawno temu, pod koniec roku akademickiego, rektor przekonywał nas, że sytuacja finansowa naszej uczelni jest stabilna i nie mamy się czego obawiać. Uzasadnianie redukcji zatrudnienia „wzrostem kosztów funkcjonowania Uczelni” ze względu na COVID-19 budzi uzasadnione wątpliwości. Bo jakie są to konkretnie koszty? Przecież uczelnie, pracujące od wielu miesięcy w trybie zdalnym (Internet), dokonują znacznych oszczędności w zakresie eksploatacji i utrzymania infrastruktury, zaś większość wykładowców (w tym ja) wykorzystuje do pracy ze studentami swój prywatny sprzęt komputerowy (tym samym koszty prowadzenia zajęć zdalnych są przerzucane na pracowników). UAP nie poniósł ciężaru organizacji wystaw – końcoworocznej oraz prezentacji dyplomów (które zwykle odbywały się w pawilonie Międzynarodowych Targów Poznańskich). Zamknięte zostały Miejskie Galerie UAP. Nie dobyły się wykłady gościnne. Jednym z niewielu wydatków są koszty zakupu środków do dezynfekcji rąk, wystawionych na portierni, z których nota bene niewielu korzystało (w trybie stacjonarnym bądź hybrydowym pracowała jedynie administracja). Większość uczelni przyznała, że w czasie pandemii oszczędziła. Póki co, żadna, poza Uniwersytetem Artystycznym, z powodu pandemii nie zwalnia pracowników.

Z zawiadomień jakie otrzymał nasz związek zawodowy wynika, że działalność kilku pracowni ma zostać wygaszona do końca semestru zimowego 2020/2021. Zadania w nich realizowane mają przejąć pozostałe, realizujące program w innych dziedzinach. Ale zdaniem rektora „rozwiązanie umowy o pracę z pracownikiem nie wpłynie na proces kształcenia i osiągnięcie zamierzonych efektów uczenia”. Mamy tu do czynienia z mocno dyskusyjnym sposobem rozumienia procesu dydaktycznego. Bo jak można przejść z pracowni do pracowni (każda ma własny program oraz tożsamość) w trakcie pracy nad projektem? Jako organizacja związkowa podnosiliśmy, że stan pandemii nie może stanowić pretekstu zwolnień – zwłaszcza w publicznej, finansowanej z budżetu państwa instytucji, jaką jest Uniwersytet Artystyczny. Uczelnia nie powinna działać tak jak działają korporacje, zgodnie z cyklami koniunktury i kryzysu (w tym kontekście znów nasuwają się analogie pomiędzy uniwersytetem a fabryką). Argumentowaliśmy również, że jako społeczność akademicka powinniśmy wykazać, w tym trudnym czasie, troskę o wszystkich naszych pracowników.

COVID-19 spowodował wzmocnienie zarządzania strachem; jeszcze wczoraj czyjaś sytuacja mogła się wydawać stabilna i perspektywiczna (zdobywanie kolejnych stopni naukowych), dziś każdy – niezależnie od stażu oraz osiągnięć – może wylecieć z hukiem, w towarzystwie innych nieszczęśników. A wiadomo jak trudno – w czasie pandemii – znaleźć nową pracę, zwłaszcza w branży edukacji (nawet w normalnej sytuacji nie jest to łatwe). Zagrożony zwolnieniem kolega z wydziału, Raman Tratsiuk, Białorusin, zabiega właśnie o przyznanie polskiego obywatelstwa. Utrata stałej pracy mogła skomplikować te jego starania. Ironią losu jest fakt, że zagrożenie utratą pracy pojawiło się akurat w czasie, gdy większość z nas ostentacyjnie solidaryzowała się z walczącym o wolność narodem Białorusi, zaś wiele polskich uczelni deklarowało przyznanie stypendiów studentom relegowanym z uczelni białoruskich za udział w protestach przeciwko reżymowi Łukaszenki. Tratsiuk swą przyszłość związał z poznańską Szkołą i jako artysta wizualny na Białoruś nie miałby już nawet do czego wracać. Po artykule w „Gazecie Wyborczej” rektor okazał mu coś w rodzaju „łaski”, zamieniając zwolnienie na pół etatu i jednocześnie godząc się na wszczęcie procedury habilitacyjnej[103]. Zawirowania związane z próbą zwolnienia Tratsiuka zbiegły się z otwarciem jego indywidualnej wystawy w uczelnianej Galerii Rotunda, z cyklu 100/100, czyli 100 wystaw na 100-lecie uczelni (wyszło tak jak gdyby pracodawca chwalił się osiągnięciami zwalnianego właśnie pracownika).

Podobnych dramatów było i jest wiele. Nie o wszystkich wiemy. Zapanowała panika. Nawet pośród tych, którzy dotąd w żaden sposób nie angażowali się w problemy naszego zakładu pracy, którzy wycofali się we własną sztukę i – zaszyci głęboko w swoich pracowniach – starali się przetrwać. Zewsząd docierają pomruki o kolejnych możliwych zwolnieniach, plotki o nowej, rzekomo przygotowywanej przez władze, tym razem 16-osobowej liście. Trudno to zweryfikować, oddzielając rozpowszechniane pogłoski od realnych zagrożeń. Pracownicy innych uczelni z niepokojem patrzą na to co dzieje się w UAP. Solidarność ze „znikającymi” pracownikami UAP wyraził w apelu do rektora Związek Zawodowy Nauczycieli Akademickich Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Czytamy w nim: „Każda uczelnia publiczna ma obowiązek stosować wobec swoich nauczycieli najwyższe standardy postępowania opartego o praworządność, przejrzystość i równe traktowanie – tak by nie podważyć swojego mandatu do wychowywania i kształcenia. Apelujemy zatem do władz UAP o wycofanie ostatnio wręczonych grupie nauczycieli wypowiedzeń umów o pracę oraz o wypracowanie programu naprawczego finansów uczelni, który nie będzie godził w gwarantowaną w Konstytucji godność pracowników. W ten sposób UAP dołączy się do pozostałych publicznych uczelni poznańskich, które pomimo pandemii – a raczej z powodu pandemii i trudności z nią związanych dla tych, którzy stracą w trakcie pandemii pracę – nie zaplanują nadzwyczajnych zwolnień wśród swoich nauczycieli akademickich w roku akademickiego 2020/21”[104]. Otrzymaliśmy również wsparcie od Związku Zawodowego Nauczycieli Akademickich Akademii Sztuki w Szczecinie. „Jesteśmy zdania, że stosowanie jako wytłumaczenia podstawy zwolnień pracowników zatrudnionych na czas nieokreślony rozszerzającej się pandemii COVID-19 jest wykorzystaniem sytuacji medycznego kryzysu Państwa do kamuflowania faktycznego zwolnienia grupowego, w celu ominięcia zagwarantowanych przez Kodeks Pracy i ustawę «Prawo o Szkolnictwie Wyższym i Nauce». Naganność to doprawdy zbyt łagodne określenie takiego zachowania”. Oświadczenie wydała również Komisja Międzyzakładowa OZZ Inicjatywa pracownicza przy PAN i ASP w Warszawie. „Kryzys epidemiczny wymaga solidarności całej społeczności akademickiej, a nie jej rozbijania. Kadra akademicka i osoby pracujące w administracji czy obsłudze zasługują nie na zwolnienia, lecz na wsparcie” – napisali nasi warszawscy towarzysze. Radio Poznań przekazało do publicznej wiadomości stanowisko Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego: „W związku z zaistniałą sytuacją planujemy wsparcie finansowe Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu – przekazała Radiu Poznań rzeczniczka prasowa ministerstwa, Anna Bocian. Skala wsparcia uzależniona ma być od stanu budżetów innych uczelni artystycznych. W związku z tym, zdaniem związkowców, decyzja o zwolnieniach jest przedwczesna”[105]. Z zadowoleniem przyjęliśmy deklarację MKiDN o dodatkowym wsparciu pozwalającym zachować etaty (uczelnia złożyła wniosek do ministerstwa kultury o dofinansowanie i jego pozytywne rozpatrzenie było więcej niż prawdopodobne). Trudno się jednak pogodzić z poczynionymi już zwolnieniami. Najpierw pojawiła się informacja, że po negocjacjach ma zostać zwolnionych dziewięciu pracowników. Ostatecznie redukcja zatrudnienia ma objąć rzekomo sześć osób. Pośród nich znaleźli się Marek Glinkowski i Jakub Jasiukiewicz, któremu po piętnastu latach pracy w UAP wysłano wypowiedzenie drogą elektroniczną przy użyciu podpisu kwalifikowanego, w tym samym dniu w którym otrzymał zwolnienie chorobowe L4. Krótko potem znalazł się w izolacji domowej z podejrzeniem COVID-19, nomen omen przyczyny zwolnienia (kryzys spowodowany COVID-19)[106]. Chorobę COVID-19 przechodzi również zagrożona zwolnieniem Justyna Olszewska, młoda artystka, uczestniczka wielu wystaw i laureatka kilku znaczących nagród. Jakub Jasiukiewicz prowadził na Intermediach zajęcia: Podstawy Techniki Filmowej, Film Dokumentalny oraz Film autorski. Przez pięć lat pełnił funkcję kierownika katedry (być może – nie wiem – potraktował swoje zaangażowanie zbyt serio i to jest właśnie problem?). Przynosił uczelni wiele punktów, które – zgodnie z nową ustawą – przekładają się przecież na finansowanie właśnie. W obronie Jasiukiewicza włączyła się jego macierzysta Katedra Intermediów Wydziału Animacji i Intermediów. „Przyczynił się do stworzenia nowej specjalności, filmu eksperymentalnego. Jest też młodym artystą, który realizuje interesujące prace, pokazuje się go w czołowych instytucjach sztuki w Polsce i za granicą. Jest też wychowankiem Katedry Intermediów. Z tego powodu uważam, że ta decyzja o zwolnieniu go z pracy – pomimo solidarnego protestu wszystkich pracowników katedry – to działanie na szkodę wydziału i uczelni. To dla mnie niezrozumiałe – tak to skomentował podpisany pod listem w obronie Jakuba Jasiukiewicza Marek Wasilewski, obecnie dyrektor Galerii Miejskiej Arsenał[107].

Marka Glinkowskiego znam jeszcze z czasu studiów. Wspólnie zrealizowaliśmy wiele projektów, których był kuratorem. Pisałem o jego pracach. W niezwykle przekonujący sposób potrafił „przenosić” grafikę warsztatową (dyscyplinę właściwie już kompletnie martwą) w pole sztuki współczesnej, subtelnie korzystając z postkonceptualnych narzędzi. Glinkowski przez lata prowadził uczelnianą Galerię Aula (w tym miejscu działa obecnie bufet), w której odbyły się niezliczone wystawy, wykłady, konferencje oraz dyskusje panelowe. Trudno sobie wyobrazić te wszystkie wydarzenia bez zaangażowania Glinkowskiego (wykonanej przez niego pracy afektywnej), wykraczającego daleko poza zakres wykonywanych obowiązków. W lepszych czasach, gdy mogłem zapraszać do Galerii Aula wspaniałych gości, do każdego z wydarzeń (dziś nie pozostał po nich już nawet ślad) trzeba było np. szybko zaprojektować i wydrukować plakat. Marek, choć był jak nikt inny chyba zawalony robotą, nigdy nie odmawiał (a wszystko było przecież do zrobienia „na wczoraj”). Odebrał wypowiedzenie w kadrach. I Kuba Jasiukiewicz i Marek Glinkowski, jestem tego pewien, łatwo i szybko znaleźliby – gdyby nie szczyt drugiej fali pandemii – inna pracę, taką, w której pracodawca by ich docenił. Ale zaraz, dlaczego to oni mają szukać pracy? Ta uczelnia należy tak samo do nich – Glinkowskiego, Jasiukiewicza i Olszewskiej. Jak i do mnie. Zarówno do krytyków stylu w jakim zarządzana jest uczelnia, jak i popleczników obecnej władzy. Instytucja pozbywając się Jasiukiewicza, Glinkowskiego i najprawdopodobniej również Olszewskiej, popełnia wielki błąd i zarazem ponosi ogromną stratę. Naprawdę trudno się z tym pogodzić. „Zwracamy się do władz uczelni, gdyż zasiadają w nich nasze koleżanki i koledzy ze studiów, nasze profesorki i profesorowie, przyjaciółki i przyjaciele. Nie możemy bezczynnie przyglądać się temu jak nasza Szkoła staje się forum waszych osobistych rozgrywek i rewanżów” – to fragment listu skierowanego do rektora, prorektorów oraz dziekanów podpisanego przez ponad stu absolwentów PWSSP/ASP/UAP, którzy nie są obecnie pracownikami uczelni[108]. Nie ulega wątpliwości, że dla pracownic i pracowników UAP nastają najtrudniejsze lata w stuletniej historii Szkoły. Jubileuszowy festiwal pogardy dla pracowników, nawet tych, którzy przepracowali kilka dekad, trwa. Nasz dorobek, nasz wkład w tę instytucję, nasze indywidualne sytuacje życiowe, wreszcie nasze zdrowie i życia w czasie zarazy – nie znaczą nic. Kompletnie. Sprawa zwolnień obnażyła bezradność dziekanów po wprowadzeniu Konstytucji dla Nauki (jeśli wierzyć ich zapewnieniom, że nic nie wiedzieli, w co raczej trudno uwierzyć). Władze zdają się, w perfidny sposób, wykorzystywać moment gdy uwaga mediów skoncentrowana jest przede wszystkim na walce z pandemią. W tym kontekście deklaracje kandydata na rektora z 2016 roku „Chcę pracować z wami w przyjaznej, szczerej i sympatycznej atmosferze” – brzmią jak ponury żart. Władzom UAP można wiele zarzucić – poza empatią. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że uprawiana polityka kadrowa nie doprowadzi do tragedii.

Dwa lata temu na budynku C UAP (Plac Wielkopolski 9), obok godła i tablicy z napisem „Uniwersytet Artystyczny w Poznaniu” pojawił się napis „HAOS” (z błędem ortograficznym). Prosty zabieg. Nie znam autorów tej interwencji artystycznej czy też (raczej) akcji bezpośredniej, np. zdesperowanego byłego pracownika. Być może była to po prostu praca studencka na zaliczenie – odpowiedź na zadany temat, nie związany z sytuacją na uczelni. Nie wiem. Wówczas, muszę przyznać, trudno mi było jeszcze odczytać to enigmatyczne działanie. Zarządzanie naszą uczelnią coraz bardziej przypomina zarządzanie przez chaos czy też zarządzanie chaosem, czyli tzw. Chaos Managment (CM). Ten sposób administrowania, rozpowszechniony w drapieżnych przedsiębiorstwach działających na kapryśnych, targanych turbulencjami rynkach, inspirowany teorią gier oraz chaosu deterministycznego, jest niezwykle kuszący dla władzy autokratycznej. Bo w dużej mierze polega na przeczuciach, intuicjach oraz instynkcie szefa, zazwyczaj nie liczącego się z opiniami innych, bądź też ostentacyjnie je lekceważącego. Okazuje się on – wbrew pozorom – całkiem skuteczny. Chaos Managment to model hybrydowy, w którym korporacyjny rygor łączy się z wieczną garażową prowizorką. Zachwyca się nim i promuje go biznesowy coaching. Pracownicy, którymi zarządza się tą metodą, nie są nawet w stanie opracować i wdrożyć strategii na przetrwanie, skoro nie wiadomo o co chodzi, na czym aktualnie stoją i co za chwilę w zakładzie pracy może się wydarzyć. Utrzymywani są w stanie wiecznej niepewności. Posunięcia szefa są nieprzewidywalne. Kilka miesięcy temu sytuacja finansowa UAP była stabilna. Nagle stała się „trudna”. Zapewniano przy tym, że nie planuje się zwolnień wśród dydaktyków, z którymi właśnie mamy do czynienia, na niespotykaną w stuletniej historii Szkoły skalę. Czy możemy zatem dać wiarę zapewnieniom rzecznika UAP, Artura Adamczaka, że „na tę chwilę władze uczelni nie planują kolejnych zwolnień”?[109]. Z założenia w CM brak długoterminowych planów. Tworzenie atmosfery niepewności służy zarówno motywowaniu do działania (np. samoeksploatacji w nadziei, że nasze wysiłki zostaną dostrzeżone i spotkają się z uznaniem zwierzchników, akceptacji niekorzystnych warunki pracy, a nawet degradacji zawodowej, w obawie przed całkowitą jej utratą i wylądowaniem na bruku), jak i skłanianiu do zaniechania aktywności (np. odstąpienia od podpisywania petycji do władz uczelni, składania odwołań od negatywnych ocen pracowniczych, zawiadomień o mobbingu, pozwów przeciwko pracodawcy etc.). Nieodłącznymi elementami modelu zarządzania na krawędzi chaosu są improwizacja i dezinformacja wprowadzające permanentne zamieszanie (np. rozpowszechniane wśród pracowników pogłoski o kolejnej liście zwolnień). A także wysyłanie sprzecznych komunikatów i sygnałów, ostentacyjne nieprzestrzeganie ustaleń i ciągłe zmiany decyzji. Dalej – ignorowanie związków zawodowych (nieodpowiadanie bądź wybiórcze odpowiadanie na związkowe pisma, nie dopuszczanie ich przedstawicieli do głosu podczas obrad senatu i wiele innych antyzwiązkowych działań na omówienie których brak tutaj miejsca). Częścią tejże strategii jest również karuzela stanowisk prowadząca do dezorganizacji, grożącej niekiedy wręcz paraliżem całej instytucji (np. wymiana pracowników pionu administracji, ciągłe przetasowania wśród pracowników biurowych, zamiany stanowisk i przydzielanie dodatkowych obowiązków). Wszyscy próbują odczytać intencje, kaprysy i nastrój szefa, ale nikomu to się nie udaje. Pozostają spekulacje. Instytucja zarządzana zgodnie z zasadami CM wiecznie funkcjonuje na granicy stanu wyjątkowego. Wszystkie te z pozoru niezborne i niepowiązane ze sobą działania można określić jako sposoby na wywoływanie strachu. Prowadzi on do rozbicia integralności pracowników jako grupy. W naszym przypadku do atrofii resztek wspólnoty akademickiej. Tym bardziej, że zdaniem Cleavera, „w uniwersytecie-fabryce występuje zbiór poddanych opresji wyizolowanych jednostek, a nie uczelniana wspólnota. Warunki pracy i jej intensywność uniemożliwiają im stworzenie interesujących stosunków międzyludzkich, powodując w zamian poczucie samotności, skłonność do depresji czy wrogość wobec otoczenia”[110]. Ci spośród nas, których pozycja wydaje się w tym momencie bezpieczna, a nawet uprzywilejowana, mogą błyskawicznie wypaść z łask. I wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę. Tym co różni Chaos Managment od sposobu czy też stylu w jakim zarządzana jest nasza uczelnia wydaje się fakt, że w zarządzaniu na krawędzi chaosu akurat ceni się krytycznych wobec firmy pracowników, heretyków, indywidualistów i nieprzystosowanych. Bo nigdy nie wiadomo jaką wartość mogą wnieść do przedsiębiorstwa.

Lockdown i Nowa normalność

Gdy w marcu 2020 roku zawieszono – w związku z pandemią koronawirusa – zajęcia stacjonarne, okazało się, że większości projektów studenckich nie będzie już można – z powodów czysto technicznych – zrealizować. Zresztą nie miałoby to już żadnego sensu. Wszyscy pośpiesznie adaptowaliśmy się do sytuacji, na którą nikt z nas nie był przygotowany, oznaczającej nauczanie zdalne. Pośpiesznie instalowaliśmy w sowich prywatnych komputerach (uczelnia – przypomnę – nie zapewnia sprzętu) i telefonach nowe narzędzia komunikacji, które polecili nam znajomi, a następnie improwizowaliśmy zajęcia online. O ile w pierwszym tygodniu lockdownu mogło się jeszcze wydawać, że ów stan potrwa tylko kilka tygodni, o tyle już na początku maja było jasne, że w tym roku akademickim nie wrócimy do zajęć stacjonarnych, a czy w kolejnym (który się właśnie rozpoczął) – nie było wiadomo (mówiło się, że częściowo, ale w każdej chwili może się to zmienić). Nie ma już powrotu do normalności. Jest powrót do „nowej normalności”. Trudno powiedzieć jak będzie wyglądać owa „nowa normalność”, chociażby tylko w sferze edukacji. Jedno jest pewnie – to, przez co wspólnie przechodziliśmy w semestrze letnim 2019/2020, było wyjątkowe. Poprosiłem więc studentki i studentów, żeby przyjrzeli się swoim reakcjom związanym z pandemią (nie tylko emocjonalnym – ale także cielesnym, spmatycznym) oraz temu jaki wpływ „kwarantanna społeczeństwa” wywiera na efektywność ich pracy (czy w ogóle mogą się na niej skoncentrować i czy mają do niej warunki w pokojach w akademikach bądź na stancjach), żeby krytycznie przyjrzeli się e-learningowi, który być może stanie się niebawem tańszą alternatywą dla tradycyjnego nauczania i opisali stosowane przez siebie praktyki oporu. Interesowało mnie co sądzą o dostępnej w czasie zarazy formie komunikacji z wykładowcami. Jak organizują sobie czas i plan zajęć. Jak łączą naukę z pracą reprodukcyjną w domach. Czy brak im kontaktów w grupach rówieśniczych oraz pracownianej atmosfery (w pracowniach warsztatowych, jak wiadomo, istotny jest klimat, który tworzą koleżanki i koledzy). Czy studiowanie sztuki, ze świadomością jak słabą siłę przetargową w społecznym podziale pracy posiada środowisko artystyczne (pomoc państwa w przypadku artystów okazała się iluzoryczna), w ogóle ma sens? Co sprawia, że młodzi ludzie chcą jednak – mimo wszystko – studiować sztukę? Chodziło o to, żeby wspólnie przepracować doświadczenie tych wyjątkowych miesięcy, czyli spojrzeć na nie perspektywy badacza/badaczki, traktując je jako unikatowy obszar artystyczno-socjologicznej eksploracji. Zależało mi, żeby studenci przyjrzeli się różnym quasi-artystycznym praktykom radzenia sobie z lękiem, strachem, stresem, poczuciem samotności, jakie rodzić może życie w społecznej izolacji. Czyli temu, co można określić jako oddolne strategie wzajemnego wsparcia, służące przetrwaniu. Żeby przyjrzeli się własnym troskom, pragnieniom, snom, rytuałom i nerwicom. Konwencjonalną wystawę końcoworoczną zastąpiła wystawa w Internecie. Prezentację pracowni zatytułowaliśmy Nowa normalność. Studiowanie sztuki – autoetnografia wizualna (w czasach zarazy)[111].

Przedłużone do końca roku akademickiego „koronaferie” nie oznaczały wcale – w przypadku studentek i studentów – nadmiaru wolnego czasu. Ale wręcz przeciwnie – pracę na zdwojonych obrotach. Również dla nas-wykładowców nie był to czas odpoczynku. Nasza praca oraz praca studentów polega zwykle a spędzaniu czasu przed monitorem komputera, odmierzanego w tzw. dupogodzinach. „Zbyt wiele z naszych obowiązków polega – pisał Harry Cleaver – na siedzącym trybie ich wykonywania – czytaniu, pracy przy komputerze, pisaniu czy redagowaniu tekstów – a związany z tym brak ćwiczeń prowadzi do nadwagi, zaniku mięśni, problemów z krążeniem, czy tak poważnych schorzeń, jak zakrzepica żył głębokich. Oprócz tak oczywistych konsekwencji wynikających z przeciążenia pracą wykładowców, długi czas pracy nie pozwala im na  inne formy samorozwoju (self-valorization), w tym relacje z przyjaciółmi i rodziną”[112]. Niektórym spośród wykładowców wydawało się pewnie, że teraz, gdy nie ma zajęć stacjonarnych, studenci mają niewyczerpane zasoby czasu wolnego, który spędzają w bezproduktywny sposób, zbijając bąki. Dlatego zadawali podwójnie. Dyscyplinowanie wymógł też system. Bowiem oczekiwano od nas, że będziemy dokumentować i archiwizować prowadzenie zajęć. Nie wiadomo czy były to wytyczne biurokratów z któregoś z nadzorujących szkolnictwo artystyczne ministerstw (MKiDN, MNiSW) czy też efekt nadgorliwości naszych bezpośrednich zwierzchników – dziekanów. „U podstaw nadmiernej i drobiazgowej kontroli leży – pisała Joanna S. Bartnik – chęć pokazania pracownikowi, że wymaga on daleko posuniętej kontroli, gdyż źle pracuje i nie można mu zaufać”[113]. Na uniwersytecie, gdzie panuje deficyt zaufania zarówno dla studentów jak i pracowników (podwładnych), nie wystarczy pracować. Musi być wyraźnie widać, że się pracuje/pracowało. Generuje to dodatkowy rodzaj pracy „określany – jak to ujął Cleaver – eufemistycznym mianem «obowiązków służbowych»”[114]. Trzeba więc było jakoś udowodnić wykonaną pracę, np. wypełniając i wysyłając nowe formularze miesięcznych sprawozdań, dodając do nich załączniki w postaci np. skrinów z korespondencji mailowej ze studentami. Trudno powiedzieć, czemu to osobliwe archiwum czasu lockdownu ma służyć, czy i po co ktoś miałby je w przyszłości sprawdzać – czytać czy chociaż przeglądać. Tym bardziej, że nie znając kontekstu oraz dynamiki pracy w grupie, trudno się zorientować, o co w tej wymianie maili chodzi. Biurokracja generująca pracę bez sensu (w rozumieniu Davida Graebera[115]) pożera jednak czas i energię, które można by z powodzeniem spożytkować w jakiś bardziej sensowny sposób (pracę dydaktyczną, artystyczną, naukową). Wcześniej nie dokumentowaliśmy przeprowadzonych w pracowni zajęć. Po koronawirusie, już w tzw. „nowej normalności”, gdy wrócimy do zajęć stacjonarnych, dokumentowanie, archiwizowanie i comiesięczne raportowanie – może stać się stałą praktyką. Tym bardziej, że obowiązek sporządzania sprawozdań został utrzymany również w roku akademickim 2020/2021. A nawet się rozwija – zgodnie z zaborczą logiką biurokracji. Jak pisał Cleaver, „od wykładowców oczekuje się, iż narzucą pracę studentom w sposób podobny do tego, jak jest im ona narzucana”[116]. Musimy więc pamiętać o tym, żeby dobrze policzyć wszystkich, którym udało się przyłączyć do wirtualnej klasy na Google Meet (co najlepiej poświadczyć skrinami), bądź też poprosić członków grupy o wysłanie po zajęciach potwierdzających udział w spotkaniu online maili. „Nadzór przenika – pisał Guy Standing – wszystkie instytucje społeczne. W każdym momencie sprzeciw wobec niego będzie wyrażał się w formie podzoru lub kontrkultury. A to z kolei spowoduje reakcję zwrotną w postaci jeszcze ściślejszego nadzoru. Nadzorowania nie można powstrzymać, gdy już raz zostało ono usankcjonowane – chyba że przez czynny opór, czyli działanie o podłożu klasowym”[117].

Studenckie praktyki oporu

W czasie lockdownu udział w zajęciach online, połączony z koniecznością realizacji projektów, często bez potrzebnego sprzętu, oprogramowania, warunków mieszkaniowych, stał się dla studentek i studentów nie lada wyzwaniem. Megan Hercog w pracy The Academy of Online Education (2020) postanowiła poszukać w Internecie porad jak udawać uczestnictwo w spotkaniu online na platformach meetingowych. Skriny dokumentujące jej research posłużyły do przygotowania plakatu.

Okazało się, że w sieci krąży sporo instrukcji, które można przetestować w celu markowania udziału w zajęciach. Przykład ten pokazuje jak szybko zmiana narzędzi dyscyplinowania i kontrolowania wyzwala zmianę praktyk oraz technik studenckiego oporu. I jak chętnie studenci dzielą się swoimi patentami. „Każdego dnia widzę – pisał Harry Cleaver – walkę pojedynczych studentów i ich niewielkich grup przeciwko alienacji w szkołach: fizyczne i intelektualne wycofanie się z udziału w zajęciach, kolektywną współpracę małych studenckich grup w salach wykładowych i poza nimi. Niektóre z nich są kreatywne i osiągają swoje cele, zbyt wiele jednak ma charakter autodestrukcyjny”[118]. Kryzys związany z chaosem jaki wyzwoliło wprowadzanie ustawy Gowina nałożył się na kryzys pandemii koronawirusa i lockdownu. „Wydaje mi się, że mówiąc o oporze, należy ulokować go w ramach kryzysu, w momencie nierównowagi – takie ulokowanie refleksji pozwala dostrzec, że to, co niemożliwe, staje się nie-możliwością, efektem oporowej praktyki, produkowanej w chaotycznej przestrzeni życia społecznego. Kryzys jest momentem, w którym pojawia się ponownie – pisał Szwabowski – pytanie o radykalną zmianę, czymś co rozszerza nasze horyzonty, jednocześnie dokonując destrukcji pewnych dominujących iluzji, koniecznych do reprodukowania tego co jest”[119].

Teraz, jakby kryzys nie był dość głęboki, dochodzi kolejne jeszcze przesilenie, związane z ogłoszeniem wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji, przybierające formę spontanicznych masowych demonstracji oraz strajków i angażujące młodzież – w tym głównie studentki i studentów. Cleaver spostrzegł, że „w każdym przejawie oporu i buntu na większą skalę na uniwersytetach studenci odgrywają główną rolę, natomiast wykładowcy są biernymi obserwatorami, albo współpracują z administracją, by ograniczyć rozmiary protestu. W pewnych przypadkach walka może cyrkulować od grona studenckiego do pracowników naukowych, a część z nich może zabrać głos w obronie studenckich postulatów lub wziąć udział w ich walce – jako doradcy, mówcy, źródła informacji itd. Niemniej inicjatywa prawie zawsze zostaje po stronie studentów”[120]. W sprawie protestów w obronie praw kobiet głos zajmują władze publicznych uczelni, wspierając studenckie walki. „Uważam, że społeczność akademicka ma prawo znać moje poglądy, nawet jeśli nie wszyscy je dzielą. Nie mogę nie zareagować na «piekło kobiet», na próbę ich ubezwłasnowolnienia, pozbawiania prawa wyboru w kwestii zdrowia i życia” – oto stanowisko rektory UAM[121]. „Jest to dla mnie niezwykle budujące, że nasze Studentki i Studenci nie są obojętni na wydarzenia w kraju i stają w obronie fundamentalnych praw kobiet” – oświadczyła rektora AS w Szczecinie[122]. W tym kontekście studenci UAP zwrócili się do rektora „z prośbą o zabranie głosu w kwestii ograniczania wolności Polek do stanowienia o ich ciele”. W petycji napisali również: „Jako społeczność studencka nie możemy pozostawać bierni w okresie tak poważnych zmian i gwałtownych wydarzeń, uważamy więc, że bramy UAP powinny zostać otwarte dla ludzi w sytuacji zagrożenia ich zdrowia i życia oraz prawa do protestowania przez reżimowy rząd i policję. Jest to szczególnie istotne ponieważ policja za sprawą ustawy o szkolnictwie wyższym z dnia 20 lipca 2018 roku, mianowicie art. 50 ustęp 3 ma prawo wstępu na teren uczelni jedynie na wezwanie rektora lub w sytuacji zagrożenia życia lub zdrowia ludzkiego oraz w sytuacji wystąpienia klęski żywiołowej. W protestach bierze udział wielu studentów i studentek, dydaktyków i dydaktyczek oraz pozostałych pracowników Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu jak i bliskie im osoby. W świetle powyższych argumentów uważamy, że decyzja o udzieleniu pomocy protestującym przez pozostawienie bram otwartych na czas demonstracji jest niezbędnym ruchem ze strony władz uczelni”[123]. Ciekaw byłem jak do tego wezwania odniosą się władze uczelni, które – przypomnijmy – cztery lata temu same groziły wezwaniem policji na teren uczelni (do pracowni Jarosława Kozłowskiego). Ciekaw byłem również reakcji rektora w kontekście gróźb nowego ministra edukacji i nauki Przemysława Czarnka. „Z naszych informacji wynika, że 15 uczelni wyższych w Polsce wyraziło poparcie dla strajku. Ale we Wrocławiu i Gdańsku wprowadzono godziny rektorskie i zachęcono studentów, by wyszli na ulice. To skandaliczna i nieodpowiedzialna decyzja władz uczelni” – grzmiał Czarnek[124].  I dalej: „Polskie prawo daje uczelniom co prawda dużą autonomię, ale tam, gdzie dochodzi do łamania prawa, konsekwencje będą daleko idące. Przypominam, że leżą u nas w ministerstwie wnioski tych uczelni o środki inwestycyjne, na badania, na granty. Będziemy – oświadczył Czarnek – brali pod uwagę również to, co się dzieje. Czy ktoś zachęca kogoś do wychodzenia na ulice w szczycie pandemii koronawirusa”[125]. Przytoczone słowa nieakceptowanego przez znaczną część środowiska naukowego, najbardziej chyba żałosnego ministra edukacji jaki się przytrafił po 1989 roku, to nic innego jak zapowiedź cenzury. Cenzury ekonomicznej, która jest niezgodna z prawem. I – choć przypomina strzelanie z wiatrówki albo raczej kapiszonów – stanowi kolejną próbę zamachu na autonomię uczelni. Tym razem próbę dyscyplinowania rektorów oraz akademickich ciał kolegialnych (stanowiska zajmowały również senaty – jak w przypadku gdańskiej ASP[126]). Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich dała Czarnkowi odpór na jaki zasłużył: „Mając w pamięci miniony szczęśliwie czas, kiedy władze komunistyczne poddawały polskie uniwersytety presji ideologicznej, uważamy, że byłoby wielkim błędem ponownie próbować wykorzystać nadzór nad uczelniami dla politycznego nacisku na rektorów i wspólnoty akademickie”[127]. Ucieszyła mnie przyjęta dymisja Gowina, bo wydawało mi się, że gorzej już być nie może. „Może, może” – wyprowadził mnie z błędu bardziej optymistycznie nastawiony kolega. I miał rację. Bo jeśli ktoś pomyślał, ze Czarnek, po reakcji KRASP, przestanie się kompromitować, to się pomylił. W jego polemice pojawili się już nie tylko dążący do obalenia rządu „lewaccy rewolucjoniści”, ale i „sataniści”[128]. Wróćmy do Uniwersytetu Artystycznego. Do protestów oraz petycji studenckich rektor UAP odniósł się w wydanym komunikacie m.in. tymi słowy (przytoczmy obszerny fragment): „Szanując Wasze prawo do wyrażania poglądów w tym tak trudnym czasie, zwracam się do Was z ogromną prośbą i apeluję jednak o zachowanie rozwagi. Skala zagrożenia pandemicznego jest zatrważająca i niespotykana od początku jej trwania. Według oficjalnych danych  dziś wykryto ponad 20. tys. przypadków zarażeń. Pamiętając, że nasze zdrowie jest teraz najważniejsze nie zapominajcie, że jesteście studentkami i studentami Uczelni Wyższej – Uniwersytetu. Jestem przekonany, że Wszyscy tworzący naszą społeczność akademicką będą więc wyrażać swoje poglądy w sposób godny, oparty na twórczym dialogu i z poszanowaniem Wartości Akademickich”[129]. Cieszy, że rektor dostrzegł skalę zagrożenia pandemicznego (które wcześniej, zwalniając pracowników ,na początku drugiej fali, najwyraźniej nieco zlekceważył). Jednak sądząc z reakcji studentek i studentów na oficjalnej grupie UAP na Facebooku, Komunikat Rektora UAP wielu zawiódł, a niektórych wręcz wprowadził w konsternację. Najwyraźniej nie tego oczekiwali. Tym bardziej, że postulat otwarcia bram uczelni pozostał bez odpowiedzi. A głos płynący z uniwersytetów jest ważny. Nie dlatego, że to głos elit, ale z uwagi na strategiczne ulokowanie edukacji w ramach społecznego podziału pracy.

Śmierć w (wirtualnej) klasie

„Jeśli policzymy nauczycieli pracujących w pełnym wymiarze godzin oraz uczniów, którzy uczęszczają na zajęcia w pełnym wymiarze godzin, przekonamy się, że tak zwana nadbudowa stała się – przekonywał Ivan Illich – największym pracodawcą w społeczeństwie”[130]. Największym pracodawcą w Poznaniu nie są już zakłady Cegielskiego, ani nawet Volkswagen. Ponoć jest nim Uniwersytet im. Adama Mickiewicza. Dodajmy teraz do niego UAP oraz inne uczelnie, publiczne i prywatne. A także szkoły. Studentów i uczniów. Beverly J. Silver uważa, że w XXI w. pracownicy sektora edukacji odgrywają kluczową rolę dla akumulacji kapitału, podobnie jak pracownicy branży włókienniczej w XIX w. i robotnicy przemysłu samochodowego w XX w. W przekonaniu autorki Globalnego proletariatu nauczyciele – nie posiadający środków produkcji i zmuszeni do sprzedawania swojej siły roboczej – są zatem proletariuszami[131]. Silver przekonuje, że źródłem siły przetargowej nauczycieli może być „odporność sektora edukacyjnego na przesunięcia przestrzenne i technologiczne (w szczególności na przeniesienie geograficzne oraz automatyzację)[132]”. Amerykańska socjolożka zastrzegła jednak: „Chociaż sektor edukacyjny był do tej pory nieczuły na przeobrażenia technologiczne, ciężko przewidzieć w jakim stopniu Internet i inne zaawansowane technologie komunikacyjne mogą zostać użyte do wywarcia skutecznej presji konkurencyjnej na nauczycieli, analogicznej do wpływu automatyzacji na pracowników branż produkcyjnych”[133]. W związku z tym „wszelkie zmiany technologiczne w procesie pracy nauczycielskiej włączą nauczycieli w system złożonego technologicznego podziału pracy podatnego na zakłócenia o jakich w przypadku modelu autonomicznej sali lekcyjnej nigdy nie mogło być mowy”[134]. Przestawienie edukacji na system pracy online może mieć daleko idące konsekwencje i spowodować wstrząsy w całym sektorze, w sposób znaczący obniżając siłę przetargową pracowników fabryk wiedzy, prowadząc do outsourcingu na niespotykaną dotąd skalę oraz obniżenia i tak już niskich wynagrodzeń. A tym samym zaostrzyć obecnie prowadzone walki. Wykorzystanie platform komunikacyjnych do nauczania zdalnego będzie skutkowało nie tylko, jak być może niektórym się wydaje, oszczędnościami na wynajmie pomieszczeń. Uczelnie mogą próbować pozbyć się części wykładowców – w pierwszej kolejności nie przedłużając umów cywilnoprawnych. Bo co za różnica czy w zajęciach uczestniczy dziesięciu czy stu studentów. To tylko kwestia techniczna, m.in. odpowiedniej szybkości łącza internetowego. A w dalszej kolejności wzmacniać elastyczność i konkurencyjność. Jak donosiły media, Paola Di Simone, 46 letnia argentyńska nauczycielka akademicka, wykładająca politykę i stosunki międzynarodowe na Universidad Argentina de la Empresa (UADE), prywatnej uczelni biznesowej w Buenos Aires (gdzie przepracowała piętnaście lat), zmagająca się z COVID-19, zmarła w trakcie wykładu o historii XX wieku na Zoomie dla blisko 40 osób 2 września 2020 roku[135]. Studenci zauważyli, że przestała reagować na slajdy i zaczęła walczyć o oddech. W końcu upadła. Studenci zostali w wirtualnej klasie do przyjazdu jej męża, walczącego z pandemią lekarza. Okazało się jednak, że jest za późno[136]. W naszym wspólnym interesie leży więc to, żeby ten swoisty e-learningowy eksperyment się nie powiódł. Innymi słowy: żeby wyszedł jak najgorzej. Problem w tym, że zostaliśmy tak „zaprogramowani”, żeby wykonać swoje obowiązki jak najlepiej potrafimy, nawet jeśli miałoby to oznaczać działanie wbrew własnym pracowniczym interesom. „Biorąc pod uwagę zaangażowanie wymagane w pracy i konkurencję na akademickim rynku pracy, nie dziwi, że tak wielu wykładowców – pisał Cleaver – jest pracoholikami, którzy całkowicie przyswoili sobie wartości systemu w jakim pracują”[137].

Dziś już wiadomo, że tzw. Nowa normalność oznaczać będzie dla pracowników fabryk wiedzy wzmocnienie sposobu zarządzania za pomocą podtrzymywania strachu, życie w ciągłym zagrożeniu redukcją zatrudnienia, motywowaną kryzysem spowodowanym przez pandemię. Lęk przed pozbawieniem nas – z dnia na dzień – pracy, bezpieczeństwa, środków do życia i perspektyw. Dla wielu oznaczać będzie koniec drogi jaką obraliśmy – kariery akademickiej, a tym samym przygody naukowej bądź artystycznej. Nowa normalność wymusi na nas zgodę na odbieranie zdobyczy socjalnych i cięcia pensji (póki co o 20%[138]) przy stale rosnących kosztach utrzymania. Nowa normalność to wreszcie oswojenie nieogłoszonego „stanu wyjątkowego”, cicha akceptacja rosnących statystyk zakażonych koronawirusem oraz przypadków zgonów (głównie z grup podwyższonego ryzyka z uwagi na wiek i choroby współistniejące), które już większości społeczeństwa zaczęły powszednieć. Innymi słowy: Nowa normalność to osuwanie się w skrajny socjodarwinizm. „Potrzebujemy innego modelu. Potrzebujemy modelu w którym możliwe jest zatrudnianie faktycznie niepracujących ludzi. Potrzebujemy modelu w którym – apelował Aleksander Temkin – możemy wypłacać ludziom wynagrodzenia za wypracowanie społecznego zysku. Zyskiem tym jest nie-umieranie, powstrzymanie pandemii. Zyskiem społeczeństwa jest przetrwanie społeczeństwa bez konieczności konfrontacji z masową śmiercią, która trwale zmieniłaby naturę nas wszystkich”[139]. Jeśli chodzi o statystyki zachorowań i zgonów to rok akademicki 2020/2021 zaczynamy w nieporównywalnie gorszych realiach niż te z czasu lockdownu, ale już w zdecydowanie innych okolicznościach: jesteśmy wyraźnie znużeni, a wokół nas pojawia się coraz więcej „covidowych” denialistów. Początkowa mobilizacja i medialne akty społecznej solidarności ustąpiły miejsca znieczulicy, gestom pogardy wobec słabszych i bardziej narażonych – seniorów, których traktuje się jako społeczne koszty pandemii, dla których nie warto zarzynać gospodarki (staruszkowie i tak przecież umierają). W międzyczasie wirus przestał być tylko abstrakcyjną liczbą z medialnych statystyk i stał się – przynajmniej dla mnie – czymś realnym i namacalnym, bo zarazili się nim – np. po pierwszych stacjonarnych zajęciach w Szczecinie – przyjaciele i znajomi, przebywający obecnie w domowej izolacji, do których codziennie dzwonię lub piszę, żeby się dowiedzieć jak się czują. Kończąc ten tekst dowiaduję się, że z hybrydowego przechodzimy na tryb zdalny. Władze uczelni bez skrupułów – w szczycie drugiej fali pandemii – wykorzystują nadarzającą się okazję (zupełnie jakby pandemia była darem niebios), traktując wieloletnich pracowników tak jak przysłowiowi „Janusze Biznesu”. Wiele wskazuje na to, że pod przykrywką/osłoną koronawirusa w UAP dokonuje się właśnie wymiana zespołu, gdyż rzekoma „trudna sytuacja ekonomiczna” jakoś nie spowodowała wstrzymania konkursów na nowe etaty – te odbywają się regularnie (można to sprawdzić na stronie UAP, w zakładce „Praca”)[140]. Zwalnia się sprawdzonych, oddanych uczelni pracowników po to tylko, by na ich miejsce zatrudnić nowych, często bez żadnego doświadczenia. Darwinizm społeczny jest ściśle powiązany z darwinizmem naukowym. „Te narracje się wspierają i wytwarzają wizję świata, w którym każdy jest rywalem każdego, gdzie życie to nieustanna walka, w której przetrwać mogą tylko najsilniejsi. Tymczasem wiemy, że to ideologia, złe odczytanie Darwina. Prymitywna narracja kapitalistyczna, która powróciła. Zamiast niej należy – pisał Szwabowski – przypomnieć Kropotkina”[141]. Zamiast o walce jako wzajemnej rywalizacji powinniśmy myśleć o innej, anarchokomunistycznej walce – a raczej walkach. Przeciwko postępującej biurokratyzacji, spodziewanym cięciom wynagrodzeń, wkraczającemu na uniwersytety kapitałowi. Przeciwko prawicowym politykom odbierającym kobietom podmiotowość i możliwość decydowania o własnym ciele oraz zakusom ministerstwa próbującego dyscyplinować uczelnie, których władze zdobyły się na odwagę wsparcia walk kobiet o dostęp do aborcji. Przeciwko odebraniu uczelniom autonomii oraz cenzurze ekonomicznej. Przeciwko niesprawiedliwości i systemowemu uciskowi ze strony wszechwładnych obecnie rektorów wykorzystujących pandemię jako pretekst do przeprowadzenia kadrowych czystek.

„Nie bójcie się” czyli uniwersytet jako pole walki

Myślenie o uniwersytecie jako o fabryce czy po prostu zakładu pracy może być emancypujące. Bo pozbawia nas iluzji, które wielu pielęgnowało, a niektórzy pielęgnują nadal. „Mamy wspólnego wroga: uniwersytet przynoszący śmierć. Mamy wspólne pragnienie: żyć. I mamy dużo do zrobienia, żeby wspólnie być”[142]. Wierzę w sens oporu w sektorze edukacji. „To nie opór jest kruchy, ale władza, nieustannie próbująca powstrzymać i okiełznać moce konstytuujące i podważające – pisał Szwabowski – to, co ukonstytuowane”[143]. Choć wiem, że uniwersytety należy postrzegać jako „elementy reprodukcji danego porządku”[144], choć wiem, że jak to określił Szwabowski „edukacja wspiera ideologię merytokracji, która skrywa realne warunki nierówności i uzasadnia je”[145]– mam nadzieję, że inny uniwersytet jest możliwy. Inny – czyli bardziej demokratyczny, równościowy, otwarty na dyskusje, w tym głosy studentek i studentów oraz samorządność (autonomię) pracowniczą, będący przestrzenią wolną od wyzysku (m.in. umów śmieciowych) i mobbingu, traktujący wszystkich pracowników w sposób podmiotowy, zaś działające na zakładzie pracy związki zawodowe w sposób partnerski. Uniwersytet działający zgodnie ze społecznym przeznaczeniem prawa, a nie bezduszną logiką audytu. Uniwersytet działający przeciw kapitałowi zamiast pod jego dyktando. Uniwersytet będący przestrzenią krytycznego myślenia nie tylko w formie deklaratywnej. Przymiotnik „krytyczny” w kontekście akademickim odmieniany przez wszystkie przypadki. Tyle, że zazwyczaj niewiele z tego wynika w praktyce. Uniwersytet powinien „pozostać ostatecznym miejscem krytycznego oporu – a nawet więcej niż krytycznego – stawianego – jak to określił Derrida – wszelkim dogmatycznym i niesprawiedliwym władzom zawłaszczającym”[146]. Ta wiara nadaje mojej pracy na uczelni sens.

Reforma Gowina odniosła w pewnym sensie pozytywny skutek. Bo pracownicy fabryk wiedzy, żyjący do niedawna w błogim poczuciu wyższości wobec reszty świata pracy, nie byli skorzy do zakładania organizacji związkowych z bardzo prostego powodu – nie potrafili rozpoznać określić swoich interesów w kategoriach pracowniczych, a więc klasowych. Uniwersytety w Polsce były raczej polem walk o przywileje, dystrybucji prestiżu  oraz przestrzenią dworskich intryg niż polem walk klasowych. Obecnie jesteśmy odzierani z resztek złudzeń, a praca w instytucji naszych marzeń staje się coraz bardziej opresyjna. Po protestach przeciwko Konstytucji dla Nauki powstało wiele nowych, uczelnianych komisji zakładowych OZZ Inicjatywa Pracownicza. Obecne przesilenie, kryzys związany z pandemią oraz sposób w jaki COVID-19 jest – w czasach Nowej normalności – wykorzystywany przez władze naszej uczelni do przeprowadzania redukcji zatrudnienia/wymiany zespołu (za chwilę to samo może dziać się gdzie indziej), przywodzi analogie z eksploatacją katastrof przez kapitalizm w celu pomnażania zysków. Ale może też doprowadzić do umocnienia pozycji związków zawodowych na zakładach pracy, do zawiązania kolejnych komisji, do podjęcia otwartych protestów w fabrykach wiedzy, a co za tym idzie – wzajemnej solidarności i wsparcia, wymiany doświadczeń, słowem: cyrkulacji walk, których rezultat dziś jeszcze trudno przewidzieć. „Przenoszenie się walki do coraz większej ilości sektorów klasy, jak również rozszerzenie przestrzeni, czasu i zasobów umożliwiających prowadzenie przyszłej walki, wzmacnia klasę” – pisali Peter Bell i Harry Cleaver[147].

Zaczynając pracę nad tym tekstem, który w zamyśle miał być swoistym „raportem” z ostatniego roku akademickiego dla moich studentek i studentów, zakładałem objętość ok. 10-15 stron. Szybko jednak urósł do ponad 20. Na przełomie września i października w naszej uczelni zaczęły się zawirowania związane z redukcją zatrudnienia. Miałem poczucie, że koniecznie muszę napisać o wielu rozgrywających się obecnie sprawach. Tekst przekroczył już 40 stron i zdaję sobie sprawę z jego licznych mankamentów. Pisanie stawało się coraz bardziej gorączkowe, kompulsywne. Autoterapeutyczne. Niebezpiecznie zmierzało w kierunku natręctwa. Liczyłem chyba na to, że pisząc zdołam przepracować własne doświadczenia i że uda mi się dać upust emocjom i – mówiąc wprost – wyrazić swój wkurw. Jednocześnie miałem poczucie, że ciągle pracując jeszcze w UAP – muszę ważyć słowa, choć i tak liczę się z konsekwencjami, np. w postaci postępowania dyscyplinarnego. Bo w sytuacji gdy nastąpiła aż taka dewaluacja dyscyplinowania, że „ciężkim naruszeniem obowiązków pracowniczych” jest „nie przystąpienie do egzaminu z BHP” (to cytat) – równie dobrze może nim być krytyka poczynań pracodawcy (do której, wydawałoby się, mamy na uczelni prawo). Właściwie nie ma to już dla mnie większego znaczenia. Bo gdy masz poczucie, że pracodawca może cię wypieprzyć za wszystko, a nawet bez żadnego konkretnego powodu – to przestajesz odczuwać strach, co jest wyzwalające. Nawet jestem ciekaw reakcji władz. Jedno wiem na pewno: nie odpuszczę – będę się bronił do końca. Tekst pisałem głównie bezsennymi nocami. Na początku września matka przestała nagle chodzić i trafiła do szpitala. Teraz wymaga teraz opieki 24h, z czym sobie kiepsko radzę. W dodatku wiem, że nie mogę – ze względu na pracę opiekuńczą – złapać tego cholernego wirusa, więc staram się ograniczać wyjścia z domu do minimum. Już nawet nie chce mi się wychodzić na spacery, żeby utrzymać wagę. Naczynia niepozmywane od kilku dni. A ja – piszę. Czasami udaje się zasnąć nad ranem i przespać kilka godzin. Tworzenie dzieła sztuki i pisanie to w gruncie rzeczy ten sam i tak samo absorbujący proces, w którym można się zatracić – co zawsze powtarzam studentom. Popołudniami albo wieczorem często rozmawiałem ze zwolnionymi pracownikami, koleżankami i kolegami, przyjaciółmi z pracy. Trzeba było jeszcze prowadzić związkową korespondencję i kontaktować się z mediami. Nie wiem jak mam uspakajać znajomych, którzy dzwonią do mnie i pytają czy słyszałem o kolejnej liście, czy to prawda. Myślę, że to tylko plotki, ale pewności nie mam. Czy kolejna lista jest prawdopodobna? Niestety, tak. Jeden z przyjaciół, w rozmowie telefonicznej, podsumował to co ode mnie usłyszał o obecnej sytuacji w Szkole: „zarządzanie chaosem”. Przypomniałem sobie wówczas wspomnianą interwencję na budynku UAP i tak powstał kolejny akapit o Chaos Managmet. Tekst liczy już pierdyliard znaków i czuję, że zaczynam tracić nad nim kontrolę (jeśli kiedykolwiek ją miałem). Miejscami się powtarzam. Wątki się gubią, mieszają. Niekiedy siada rytm. Zdecydowanie za dużo cytatów. Sczytując nie jestem w stanie dobrnąć do końca. Zdarza się przysnąć przed komputerem (ciągle ta narkolepsja). Zaczynam więc czytać wciąż od nowa. Moją intencją było przeredagowanie i dokonanie skrótów. W efekcie dopisywałem kolejne zdania. Nie wiem czy ktoś inny przebrnie przez tak sążnisty artykuł (jeśli zostanie opublikowany). Wyznaczyłem sobie deadline. Założyłem, że skończę, niezależnie od wszystkiego, 31 października. I tak mam wyrzuty, że o wielu powstałych w pracowni pracach, zasługujących na interpretację, nie napisałem. Ale trzeba to już zostawić tak jak jest, bo inaczej – obawiam się – zakopałbym się na kolejnych kilka miesięcy – czego staram się uniknąć. Chcę to w końcu „wypchnąć” i się uwolnić. Wrócić do studiów nad mistyką żydowską.

„Nie bójcie się” to jedno z głównych haseł, z którymi obecny rektor Uniwersytetu Artystycznego startował w wyborach w 2016 roku. Hasło to winniśmy potraktować poważnie i je przejąć. Niech doda nam ono sił oraz otuchy w sprzeciwie wobec nadużyć uczelnianych władz (a takim nadużyciem są – w przekonaniu moim oraz naszej organizacji związkowej – zwolnienia w przededniu ogłoszenia całego kraju „czerwoną strefą” i dużego prawdopodobieństwa ogłoszenia kolejnego lockdownu). Musimy zawiązywać międzyuczelniane sojusze radykalnych wykładowców, czy jak ich nazywa Szwabowski, „partyzantów”, i wspólnie walczyć o prawo do krytyki poczynań władz uniwersytetu, bez strachu o konsekwencje dyscyplinarne. Musimy walczyć o sprawiedliwe oceny okresowe pracowników. Musimy wspierać protesty studenckie – myślę tu o tych studentkach i studentach, którym nie jest wszystko jedno. Sprzeciwiać się folwarcznym relacjom pracodawca-pracownicy. Musimy też, w tych obszarach gdzie jest to możliwe, najlepiej za pośrednictwem reprezentujących nas organizacji związkowych, dążyć – pomimo sprzecznych interesów – do dialogu. Musimy przeciwstawić się wizji uniwersytetu służącego przedsiębiorczości i biznesowi. Musimy przeciwstawić się językowi pogardy – mizoginii oraz homofobii. Musimy dać odpór nowej polityce historycznej przemycanej pod hasłem „unarodowienia” humanistyki. Musimy solidaryzować się ze „znikającymi” koleżankami i kolegami (zamiast odwracać głowę i udawać, że nie widzimy łamania kręgosłupów i niszczenia ludzi). Musimy przełamać ciągle istniejące na uniwersytecie bariery klasowe i stanowe, by walczyć o nasze etaty wspólnie z portierami, sprzątaczkami, pracownikami technicznymi oraz administracyjnymi. To my tworzymy uniwersytet. Pracownicy etatowi muszą łączyć się w tej walce z prekariuszami. Tylko jak to zrobić, gdy jesteśmy tak rozbici, podzieleni i wyalienowani? Nie wiem. Ale musimy. Bo jak to ujął Guy Standing: „Trzeba powstrzymać barbarzyńców”[148].

31 października 2020

 

Bibliografia:

Bishop Claire, Sztuczne piekła. Sztuka partycypacyjna i polityka widowni, przeł. Jacek Staniszewski, Fundacja Bęc Zmiana, Warszawa 2015

Bell Peter, Cleaver Harry, Teoria kryzysu jako teoria walki klas, przeł. Krzysztof Król, Wydawnictwo A+, Poznań 2017

Butler Judith, Psychiczne życie władzy. Teorie ujarzmienia, przeł. Tomasz Kaszubski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa, 2018

Derrida Jacques, Uniwersytet bezwarunkowy, tłum. Kajetan Maria Jaskander, Wydawnictwo Libron, Kraków 2015

Edu-factory, red. Jan Sowa, Krystian Szadkowski, „Korporacja ha!art”, http://www.ha.art.pl/prezentacje/29-projekty/1634-edufactory.html (dostęp: 21.07.2020)

Edukacja. Przewodnik Krytyki Politycznej, Warszawa 2013

Edukacyjne konteksty konstruktywizmu, red. naukowa Jacek Moroz, Oskar Szwabowski, Janina Świrko, Wydawnictwo Naukowe Katedra, Gdańsk 2019

Eribon Didier , Powrót do Reims, przeł. Maryna Ochab, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2019

Cleaver Harry, Praca w szkole i praca przeciwko pracy w szkole, „Przegląd Anarchistyczny” nr 13 jesień/zima 2012, ss. 29-67.

Domański Henryk, Czy są w Polsce klasy społeczne?, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2015

Foucault Michael, Nadzorować i karać. Narodziny więzienia, przeł. Tadeusz Komendant, Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2020

Illich Ivan, Odszkolnić społeczeństwo, tłum. Łukasz Mojsak, Fundacja Bęc Zmiana, Wolny Uniwersytet Warszawy, Warszawa 2010

Jakubowicz Rafał, Spontanicznie dyspozycyjna podmiotowość. Uniwersytet pod presją kapitału, „Zeszyty artystyczne” nr 28, UAP, czerwiec 2016, ISSN 1232-6682, Edukacja i sztuka w kontekście neoliberalnych wymogów rentowności, ss. 37-55.

Kowzan Piotr, Płaca za pracę... a Indianom z polskich kampusów paciorki, „Przegląd Anarchistyczny” nr 13 jesień/zima 2012, ss. 114-120.

Odszkolnić akademię, red. Marek Wasilewski, Galeria Miejska Arsenał, Poznań 2018

O społeczeństwie, prawie i obyczajach, opracowanie Katedra Socjologii i Antropologii Obyczajów i Prawa ISNS UW, Wydawnictwo słowo / obraz terytoria, Warszawa 2013

Readings Bill, Uniwersytet w ruinie, przeł. Samanta Stecko, Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2017

Rozwiązywanie sytuacji konfliktowych w wymiarze jednostkowym i społecznym, pod red. Martyny Plucińskiej, Wydawnictwo Naukowe Wydziału Nauk Społecznych UAM, Poznań 2014

Silver Beverly J., Globalny proletariat. Ruchy pracownicze i globalizacja po 1970 r., przeł. Marcin Starnawski, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Biblioteka Le Monde Diplomatique, Warszawa 2009

Standing Guy, Prekariat. Nowa niebezpieczna klasa, przeł. Krzysztof Czarnecki, Paweł Kaczmarski, Mateusz Karolak, red. Maciej Szlinder, Warszawa 2014

Steiner Gregor, Po wieży Babel. Aspekty języka i przekładu, przeł. Olga i Wojciech Kubińscy, Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2018

Subsumcje edukacji, red. naukowa.: Maksymilian Chutorański, Jacek Moroz, Oskar Szwabowski, Wydawnictwo Naukowe Katedra, Gdańsk 2017 (wydanie drugie)

Szadkowski Krystian, Uniwersytet jako dobro wspólne. Podstawy krytycznych badań nad szkolnictwem wyższym, Wydawnictwo Naukowe PWN SA, Warszawa 2015

Szwabowski Oskar, Uniwersytet-Fabryka-Maszyna. Uniwersytet w perspektywie radykalnej, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Biblioteka Bez Dogmatu, Warszawa 2014

Szwabowski Oskar, Dociekania robotnicze. Analiza filozoficzna, [w:] „Forum Oświatowe”, nr 28(1(55) 2016, ss77–94.

Szwabowski Oskar, Nekrofilna produkcja akademicka i pieśni partyzantów, Instytut Pedagogiki Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 2019

Uniwersytet Zaangażowany. Przewodnik Krytyki Politycznej, wybór i redakcja tekstów: Zespół KP, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2010

Urbański Jarosław, Prekariat i nowa walka klas, Warszawa 2014

Fotografie i filmy wideo:

1. Mariusz Jędryczka, Szklarska Poręba, końcówka lat 90., fot. Rafał Jakubowicz

2. Demonstracja pod pomnikiem Mickiewicza w Poznaniu, 13.06.2018, for. Maciej Krajewski (Łazęga poznańska), dzięki uprzejmości autora

3. Oliwia Szepietowska, Egzamin, 2020, dzięki uprzejmości artystki

4. Marika Opas, Ćwiczenia postartystyczne, 2020, dzięki uprzejmości artystki

5. Megan Hercog, The Academy of Online Education, 2020, dzięki uprzejmości artystki

Biografia:

Rafał Jakubowicz ur. 1974, absolwent Wydziału Wychowania Plastycznego oraz Wydziału Malarstwa Grafiki i Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu, a także Wydziału Neofilologii (specjalność hebraistyka) Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Zatrudniony na stanowisku profesora nadzwyczajnego w Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu, gdzie na Wydziale Edukacji Artystycznej i Kuratorstwa prowadzi Pracownię Sztuki w Przestrzeni Społecznej. W UAP prowadzi również fakultet „Wątki żydowskie we współczesnej kulturze wizualnej”. Członek AICA (Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Sztuki). Współzałożyciel Komisji Środowiskowej Pracowników Sztuki OZZInicjatywa Pracownicza i członek jej prezydium w latach 2014-2017. Członek (wiceprzewodniczący) Komisji Międzyzakładowej OZZ Inicjatywa Pracownicza przy Teatrze Ósmego Dnia w Poznaniu (przedstawiciel OZZ IP w UAP). Członek Komisji Krajowej OZZ IP. Działa w Obywatelskim Forum Sztuki Współczesnej.



[1] Harry Cleaver, Praca w szkole i praca przeciwko pracy w szkole, „Przegląd Anarchistyczny” nr 13 jesień/zima 2012, s. 32.

[2] Ivan Illich, Odszkolnić społeczeństwo, przeł. Łukasz Mojsak, Wydawnictwo Bęc Zmiana, Warszawa 2010, s. 95.

[3] Harry Cleaver, Praca w szkole i praca przeciwko pracy w szkole, „Przegląd Anarchistyczny” nr 13 jesień/zima 2012, s., s. 29.

[4] Tamże, s. 30.

[5] Tamże, ss. 53-54.

[6] Oskar Szwabowski, Nekrofilna produkcja akademicka i pieśni partyzantów, Instytut Pedagogiki Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 2019, s. 69.

[7] Laskowski Piotr, Wstęp, [w:], Illich Ivan, Odszkolnić społeczeństwo, przeł. Łukasz Mojsak, Fundacja Bęc Zmiana, Warszawa 2020, s. 12-13.

[8] Piotr Laskowski, Jak jest możliwa edukacja wolnościowa?, [w:] „Przegląd Anarchistyczny” nr 13, jesień/zima 20212, s. 12.

[9] Claire Bishop, Sztuczne piekła. Sztuka partycypacyjna i polityka widowni, przeł. Jacek Staniszewski, Fundacja Bęc Zmiana, Warszawa 2015, s. 419.

[10] Ivan Illich, Odszkolnić społeczeństwo, przeł. Łukasz Mojsak, Wydawnictwo Bęc Zmiana, Warszawa 2010, s. 81.

[11] Jacques Derrida, Uniwersytet bezwarunkowy, tłum. Kajetan Maria Jaskander, Wydawnictwo Libron, Kraków 2015, s.23

[12] Jarosław Urbański, Prekariat i nowa walka klas, Warszawa 2014, s 257.

[13] Por. Nie godzimy się na podziały, które rozbijają naszą solidarność – przemówienia z demonstracji w sp. reformy uniwersytetów, 14 czerwca 2018, strona OZZ Inicjatywa pracownicza, https://www.ozzip.pl/informacje/wielkopolskie/item/2389-nie-godzimy-sie-na-podzialy-ktore-rozbijaja-nasza-solidarnosc-przemowienie-z-demonstracji (dostęp: 13.07.2020)

[14] Por. Maciej Piasecki, Protest pod MEN przeciw Czarnkowi. „Chcemy edukacji nie indoktrynacji”, 4 października 2020, https://oko.press/protest-do-pod-men-przeciw-czarnkowi-chcemy-edukacji-nie-indoktrynacji/ (dostęp: 06.10.2020)

[16]  „Jego język nosi znamiona mowy nienawiści”. Ponad 200 naukowców przeciwko powołaniu Czarnka na ministra”. List otwarty, https://poznan.wyborcza.pl/poznan/7,36001,26395244,jego-jezyk-nosi-znamiona-mowy-nienawisci-ponad-200-naukowcow.html#s=BoxLoPoLink (dostęp: 14.10.2020)

[17] Por. Adam Leszczyński, PiS „unarodowi” humanistykę na uniwersytetach? Wiceministra Gawin ujawnia, „Oko.Press”, 17 paździenika 2020, https://oko.press/pis-unarodowi-humanistyke-na-uniwersytetach/?fbclid=IwAR1VVkjbLcpxio1l1IRP7OBnpzY5TYKq4MLv7vDhV6NTbP43Au5GAncbWbs (dostęp: 19.10.20)

[18] Jacques Derrida, Uniwersytet bezwarunkowy, tłum. Kajetan Maria Jaskander, Wydawnictwo Libron, Kraków 2015, s. 24.

[19] Bill Readings, Uniwersytet w ruinie, przeł. Samanta Stecko, Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2017, s. 46.

[20] Tamże, s. 66.

[21] Tamże, ss. 46-47.

[22] Tamże, s. 93.

[23] Tamże, s. 194-195.

[24] Claire Bishop, Sztuczne piekła. Sztuka partycypacyjna i polityka widowni, przeł. Jacek Staniszewski, Fundacja Bęc Zmiana, Warszawa 2015, s. 458.

[25] Harry Cleaver, Praca w szkole i praca przeciwko pracy w szkole, „Przegląd Anarchistyczny” nr 13 jesień/zima 2012, s. 61.

[26] Por. Guy Standing, Prekariat. Nowa niebezpieczna klasa, przeł. Krzysztof Czarnecki, Paweł Kaczmarski, Mateusz Karolak, red. Maciej Szlinder, Warszawa 2014, ss. 60-63.

[27] Gregor Steiner , Po wieży Babel. Aspekty języka i przekładu, przeł. Olga i Wojciech Kubińscy, Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2018, s. 13.

[28] Oskar Szwabowski, Nekrofilna produkcja akademicka i pieśni partyzantów, Instytut Pedagogiki Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 2019, s. 243.

[29] Adriana S. Bartnik, Definiowanie i postrzeganie mobbingu przez różnych aktorów procesu, [w:] Rozwiązywanie sytuacji konfliktowych w wymiarze jednostkowym i społecznym, pod red. Martyny Plucińskiej, Wydawnictwo Naukowe Wydziału Nauk Społecznych UAM, Poznań 2014, s. 252.

[30] Adriana Sylwia Bartnik, Mobbing, stary problem – nowa instytucja, [w:] O społeczeństwie, prawie i obyczajach, opracowanie Katedra Socjologii i Antropologii Obyczajów i Prawa ISNS UW, Wydawnictwo słowo / obraz terytoria, Warszawa 2013, s. 66.

[31] Por. Chantal Mouffe, Polityczność. Przewodnik Krytyki Politycznej, tłum. Joanna Erbel, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2008.

[32] Adriana Sylwia Bartnik, Mobbing, stary problem – nowa instytucja, [w:] O społeczeństwie, prawie i obyczajach, opracowanie Katedra Socjologii i Antropologii Obyczajów i Prawa ISNS UW, Wydawnictwo słowo / obraz terytoria, Warszawa 2013, s. 86.

[33] Mobbing na uczelniach – analiza wyników badań, Fundacja Science Watch Polska, https://sciencewatch.pl/index.php/ankieta-mobbing (dostęp: 31.10.2020)

[34] Oskar Szwabowski, Nekrofilna produkcja akademicka i pieśni partyzantów, Instytut Pedagogiki Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 2019, s. 90.

[35] Judith Butler, Psychiczne życie władzy. Teorie ujarzmienia, przeł. Tomasz Kaszubski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa, 2018. s. 12.

[36] Oskar Szwabowski, Nekrofilna produkcja akademicka i pieśni partyzantów, Instytut Pedagogiki Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 2019, s. 66.

[37] Adriana S. Bartnik, Definiowanie i postrzeganie mobbingu przez różnych aktorów procesu, [w:] Rozwiązywanie sytuacji konfliktowych w wymiarze jednostkowym i społecznym, pod red. Martyny Plucińskiej, Wydawnictwo Naukowe Wydziału Nauk Społecznych UAM, Poznań 2014, s. 251.

[38] Adriana Sylwia Bartnik, Mobbing, stary problem – nowa instytucja, [w:] O społeczeństwie, prawie i obyczajach, opracowanie Katedra Socjologii i Antropologii Obyczajów i Prawa ISNS UW, Wydawnictwo słowo / obraz terytoria, Warszawa 2013, s. 90.

[39] Tamże, s. 96.

[40] Adriana S. Bartnik, Definiowanie i postrzeganie mobbingu przez różnych aktorów procesu, [w:] Rozwiązywanie sytuacji konfliktowych w wymiarze jednostkowym i społecznym, pod red. Martyny Plucińskiej, Wydawnictwo Naukowe Wydziału Nauk Społecznych UAM, Poznań 2014, s. 251.

[41] Oskar Szwabowski, Nekrofilna produkcja akademicka i pieśni partyzantów, Instytut Pedagogiki Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 2019, s. 72.

[42] Tamże, s. 135.

[43] Tamże, s. 247.

[44] Por. Natalia Mazur, Uniwersytet Artystyczny w Poznaniu. Inauguracja w cieniu konfliktu, „Gazeta Wyborcza”, 11 października 2016, https://poznan.wyborcza.pl/poznan/1,36001,20818734,uniwersytet-artystyczny-w-poznaniu-inauguracja-w-cieniu-konfliktu.html (dostęp: 21.07.2020)

[45] Jakubowicz Rafał, Szkoła powinna się zmieniać, z prof. Jarosławem Kozłowskim rozmawia Rafał Jakubowicz, [w:] ASP 1919-1999. Retrospektywa, Akademia Sztuk Pięknych, Poznań, ss. 92-93.

[46] Por. Agnieszka Kwiatkowska, Prof. Jarosław Kozłowski może wrócić na UAP. Sąd: jego zwolnienie było niezgodne z prawem, „Gazeta Wyborcza”, 28 czerwca 2018, https://poznan.wyborcza.pl/poznan/7,36001,23610153,prof-jaroslaw-kozlowski-moze-wrocic-na-uap-sad-stwierdzil.html  (dostęp: 21.07.2020)

[47] Por. Maria Bielicka, Alicja Lehmann, Prof. Jarosław Kozłowski nie pracuje już na Uniwersytecie Artystycznym, „Gazeta Wyborcza”, 8 października 2019, https://poznan.wyborcza.pl/poznan/7,36001,25282386,prof-jaroslaw-kozlowski-nie-pracuje-juz-na-uap-zostal-zwolniony.html  (dostęp: 21.07.2020)

[48] Por. Karolina Koziołek, Na Uniwersytecie Artystycznym kłócą się o władzę, „Głos Wielkopolski”, 11 października 2016, https://gloswielkopolski.pl/na-uniwersytecie-artystycznym-kloca-sie-o-wladze/ar/10728902 (dostęp: 21.07.2020).

[49] Por. Naomi Klein, Doktryna szoku. Jak współczesny kapitalizm wykorzystuje klęski żywiołowe i kryzysy społeczne, przeł. Hanna Jankowska, Tomasz Krzyżanowski, Katarzyna Makaruk, Michał Penkala, Warszawa 2020.

[50] Por. Rafał Jakubowicz, Spontanicznie dyspozycyjna podmiotowość. Uniwersytet pod presją kapitału, „Zeszyty artystyczne” nr 28, UAP, czerwiec 2016, ISSN 1232-6682, Edukacja i sztuka w kontekście neoliberalnych wymogów rentowności, ss. 37-55. Numer „ZA” dostępny jest tutaj: http://za.uap.edu.pl/wp-content/uploads/2018/07/Cz213_2016_r.XXV_nr28-compressed.pdf (dostęp: 27.10.2020)

[51] Krystian Szadkowski, Marksowskie pojęcia subsumcji pracy pod kapitał jako narzędzie krytycznych badań nad szkolnictwem wyższym,  [w:] Subsumcje edukacji, red. naukowa: Maksymilian Chutorański, Jacek Moroz, Oskar Szwabowski, Wydawnictwo Naukowe Katedra (wydanie drugie), s. 33.

[52] Zainteresowanych odsyłam do strony Komisji Międzyzakładowej OZZ Inicjatywa Pracownicza przy Teatrze Ósmego Dnia na Facebooku: https://www.facebook.com/Komisja-Mi%C4%99dzyzak%C5%82adowa-OZZ-IP-przy-Teatrze-%C3%93smego-Dnia-1843029662668670 (dostęp: 27.10.2020) oraz do strony Komisji Zakładowej NSZZ Solidarność w UAP: https://www.facebook.com/KZ.UAP (dostęp: 27.10.2020)

[53] Didier Eribon, Powrót do Reims, przeł. Maryna Ochab, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2019, s. 108.

[54] Tamże, s. 44.

[55] Tamże, s. 86.

[56] Illich Ivan, Odszkolnić społeczeństwo, przeł. Łukasz Mojsak, Fundacja Bęc Zmiana, Warszawa 2020, s. 48.

[57] Tamże, s. 42-43.

[58] Ivan Illich, Odszkolnić społeczeństwo, tłum. Łukasz Mojsak, Fundacja Bęc Zmiana, Wolny Uniwersytet Warszawy, Warszawa 2010, s. 42.

[59] Henryk Domański, Czy są w Polsce klasy społeczne?, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2015, s. 130.

[60] Didier Eribon, Powrót do Reims, przeł. Maryna Ochab, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2019, s.174-175.

[61] Oskar Szwabowski, Nekrofilna produkcja akademicka i pieśni partyzantów,   Instytut Pedagogiki Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 2019, s. 63.

[62] Claire Bishop, Sztuczne piekła. Sztuka partycypacyjna i polityka widowni, przeł. Jacek Staniszewski, Fundacja Bęc Zmiana, Warszawa 2015, s. 27.

[63] Por. Szwabowski Oskar, „Dociekania robotnicze. Analiza filozoficzna”. [w:] „Forum Oświatowe”, nr 28(1(55) 2026, s. 79.

[64] Oskar Szwabowski, Nekrofilna produkcja akademicka i pieśni partyzantów, Instytut Pedagogiki Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 2019, s. 35.

[65] Tamże, s. 69.

[66] Tamże, s. 50.

[67] Tamże, s. 141.

[68] Tamże, s. 63.

[69] Michael Foucault, Nadzorować i karać. Narodziny więzienia, przeł. Tadeusz Komendant, Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2020, s. 256.

[70] Tamże s. 276.

[71] Tamże, s. 277.

[72] Piotr Kowzan, Płaca za pracę... a Indianom z polskich kampusów paciorki, „Przegląd Anarchistyczny” nr 13 jesień/zima 2012, s. 116.

[73] Michael Foucault, Nadzorować i karać. Narodziny więzienia, przeł. Tadeusz Komendant, Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2020, s. 287.

[74] Piotr Laskowski, Jak jest możliwa edukacja wolnościowa?, [w:] „Przegląd Anarchistyczny” nr 13, jesień/zima 20212, s. 9.

[75] Harry Cleaver, Praca w szkole i praca przeciwko pracy w szkole, „Przegląd Anarchistyczny” nr 13 jesień/zima 2012, s. 34

[76] Tamże, s. 60.

[77] Tamże, s. 57.

[78] Oskar Szwabowski, Uniwersytet-Fabryka-Maszyna. Uniwersytet w perspektywie radykalnej, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Biblioteka Bez Dogmatu, Warszawa 2014. s. 75.

[79] Oskar Szwabowski, Nekrofilna produkcja akademicka i pieśni partyzantów, Instytut Pedagogiki Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 2019, s. 293.

[80] Tamże, s. 54.

[81] Por. Oskar Szwabowski, Uniwersytet-Fabryka-Maszyna, Uniwersytet w perspektywie radykalnej, Instytut Wydawniczy książka i Prasa, Biblioteka Bez Dogmatu, Warszawa 2014, s. 210.

[82] Piotr Kowzan, Płaca za pracę... a Indianom z polskich kampusów paciorki, „Przegląd Anarchistyczny” nr 13 jesień/zima 2012, s. 117.

[83] Por. Harry Cleaver, Praca w szkole i praca przeciwko pracy w szkole, „Przegląd Anarchistyczny” nr 13 jesień/zima 2012, s. 34.

[84] Tamże, s. 36.

[85] Tamże, s. 39.

[86] Tamże, s. 41.

[87] Oskar Szwabowski, Nekrofilna produkcja akademicka i pieśni partyzantów, Instytut Pedagogiki Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 2019, s. 142.

[88] Por. Kuba Szreder, ABC Projektanctwu O nędzy projektowego życia, Fundacja Nowej Kultury Bęc Zmiana, Warszawa 2016.

[89] Por. Musisz mi opowiedzieć o ważce, strona Muzeum Sztuki, https://zasoby.msl.org.pl/mobjects/view/1516 (dostęp: 14.09.2020)

[90] Por. Godzina Trzech Wiedźm, kat. wyst., Galeria Piekary/Fundacja 9/11 Art Space, Poznań 2016

[91] Por. Jakub Majmurek, Wideo rozszerzone. VideoNews 2017, „Magazyn Szum”, 23.02.2018, https://magazynszum.pl/wideo-rozszerzone/ (dostęp: 14.09.2020)

[92] Ivan Illich, Odszkolnić społeczeństwo, przeł. Łukasz Mojsak, Wydawnictwo Bęc Zmiana, Warszawa 2010, s. 88.

[94] Ivan Illich, Odszkolnić społeczeństwo, przeł. Łukasz Mojsak, Wydawnictwo Bęc Zmiana, Warszawa 2010, s. 181.

[95] Didier Eribon, Powrót do Reims, przeł. Maryna Ochab, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2019, s. 161.

[96] Harry Cleaver, Praca w szkole i praca przeciwko pracy w szkole, „Przegląd Anarchistyczny” nr 13 jesień/zima 2012, s. 58.

[97] Nic Beuret, Nadzieja przeciwko nadziei: zdrada jest koniecznością, „Przegląd Anarchistyczny”, nr 13 jesień/zima 2012, s. 88.

[98] Ivan Illich, Odszkolnić społeczeństwo, przeł. Łukasz Mojsak, Wydawnictwo Bęc Zmiana, Warszawa 2010, s. 138.

[99] Oskar Szwabowski, Przeciwko subsumcji, [w:] Subsumcje edukacji, red. naukowa: Maksymilian Chutorański, Jacek Moroz, Oskar Szwabowski, Wydawnictwo Naukowe Katedra (wydanie drugie), s. 266.

[100] Jedyny dyplom jaki mam, to zwolnienie z więzienia, ze Zbigniewem Liberą rozmawia Janek Sowa, [w:] Ivan Illich, Odszkolnić społeczeństwo, tłum. Łukasz Mojsak, Fundacja Bęc Zmiana, Wolny Uniwersytet Warszawy, Warszawa 2010, s. 199.

[101] Por. Kai Kaljo, Loser, 1997, https://vimeo.com/14214871 (dostęp: 31.10.2020)

[102] Por. Tomasz Nyczka, Uniwersytet Artystyczny zwalnia pracowników z powodu koronawirusa. Jako jedyna uczelnia w Poznaniu, „Gazeta Wyborcza”, 6 października 2020, https://poznan.wyborcza.pl/poznan/7,36001,26372529,uniwersytet-artystyczny-zwalnia-pracownikow-z-powodu-koronawirusa.html?fbclid=IwAR1B2zJqRS4BX_AnVM3DDCHF-tmyTLVENqKukI4yRK65xaB6DHzQGNCVbGk#s=BoxLoPoImg1  (dostęp: 06.10.2020)

[103] Por. Tomasz Nyczka, Uczelnia z Poznania chciała wyrzucić wykładowcę z Białorusi. To dla niego strata szansy na polskie obywatelstwo, „Gazeta Wyborcza”, 12 października 2020, https://poznan.wyborcza.pl/poznan/7,36001,26383567,uczelnia-z-poznania-chce-wyrzucic-wykladowce-z-bialorusi-to.html?fbclid=IwAR2O78l_LYmsdoqgYfm4kcfhuEFJEBjYmV0HtA80-Ocy_Q5OKvDNzpEk-xU#s=BoxLoPoImg9 (dostęp: 14.10.2020)

[104]Apel do JM Rektora UAP o wycofanie się z zwolnień motywowanych kryzysem COVID-19, http://www.zznauam.edu.pl/?p=841&fbclid=IwAR1TAKM13rjd-CerYivXAp67atphdU2oKlYdoT8RKaipKNv3PVAQglw5sDc, Strona ZZNA UAM, (dostęp:10.10.2020)

[105] Por. Polasik Krzysztof, Wykładowcy trafili na bruk. Ministerstwo wesprze finansowo uczelnię, 16.10.2020, „Radio Poznań”, https://radiopoznan.fm/informacje/pozostale/wykladowcy-na-bruk-zwiazkowcy-interweniuja-w-ministerstwie?fbclid=IwAR2e7Gpebkx3kd3sNQTZ4CAKNtYl1etj-FXIM_fDjrp8k0CroHb-chmNKtg (dostęp: 31.10.2020)

[106] Por. Polasik Krzysztof, Wykładowca wyrzucony podczas zwolnienia lekarskiego. Prawdopodobnie ma koronawirusa, „Radio Poznań”, 21.10.2020, http://radiopoznan.fm/informacje/pozostale/wyrzucony-podczas-zwolnienia-lekarskiego-wykladowca-prawdopodobnie-ma-koronawirusa (dostęp: 22.10.2020)

[107] Cyt. za: Tomasz Nyczka, Czystki na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu. Rektor zwalnia mailem, „Gazeta Wyborcza”, 21.10.2020, https://poznan.wyborcza.pl/poznan/7,36001,26415083,czystki-na-uniwersytecie-artystycznym-w-poznaniu-rektor-zwalnia.html?fbclid=IwAR27SgrXvBhCRzKx0V2QQf1FufAjDxZZFOqTR9EV80Rol3Y5FSqs2tmO4f4#s=BoxLoPoImg2 (dostęp: 22.10.2020)

[108] Por. List 100 absolwentów UAP/ASP/PWSSP w Poznaniu do Rektora i Dziekanów UAP, https://www.petycjeonline.com/list_100_absolwentow_uapasp_w_poznaniupwssp_w_poznaniu_do_rektora_i_dziekanow_uap (dostęp: 27.10.2020)

[109] Por. Tomasz Nyczka, Uniwersytet Artystyczny zwalnia pracowników z powodu koronawirusa. Jako jedyna uczelnia w Poznaniu, „Gazeta Wyborcza”, 6 października 2020, https://poznan.wyborcza.pl/poznan/7,36001,26372529,uniwersytet-artystyczny-zwalnia-pracownikow-z-powodu-koronawirusa.html?fbclid=IwAR1B2zJqRS4BX_AnVM3DDCHF-tmyTLVENqKukI4yRK65xaB6DHzQGNCVbGk#s=BoxLoPoImg1  (dostęp: 06.10.2020)

[110] Harry Cleaver, Praca w szkole i praca przeciwko pracy w szkole, „Przegląd Anarchistyczny” nr 13 jesień/zima 2012, s. 52.

[112] Harry Cleaver, Praca w szkole i praca przeciwko pracy w szkole, „Przegląd Anarchistyczny” nr 13 jesień/zima 2012, s. 51.

[113] Adriana S. Bartnik, Definiowanie i postrzeganie mobbingu przez różnych aktorów procesu, [w:] Rozwiązywanie sytuacji konfliktowych w wymiarze jednostkowym i społecznym, pod red. Martyny Plucińskiej, Wydawnictwo Naukowe Wydziału Nauk Społecznych UAM, Poznań 2014, s. 251.

[114] Harry Cleaver, Praca w szkole i praca przeciwko pracy w szkole, „Przegląd Anarchistyczny” nr 13 jesień/zima 2012, s. 48.

[115] Por. David Graeber, Praca bez sensu, przeł. Mikołaj Denderski, Wydawnictwo Krytyki Polityzcnej, Warszawa 2019.

[116] Harry Cleaver, Praca w szkole i praca przeciwko pracy w szkole, „Przegląd Anarchistyczny” nr 13 jesień/zima 2012, s. 47.

[117] Guy Standing, Prekariat. Nowa niebezpieczna klasa, przeł. Krzysztof Czarnecki, Paweł Kaczmarski, Mateusz Karolak, red. Maciej Szlinder, Warszawa 2014, s. 303.

[118] Harry Cleaver, Praca w szkole i praca przeciwko pracy w szkole, „Przegląd Anarchistyczny” nr 13 jesień/zima 2012, s. 63.

[119] Oskar Szwabowski, Przeciwko subsumcji, [w:] Subsumcje edukacji, red. naukowa: Maksymilian Chutorański, Jacek Moroz, Oskar Szwabowski, Wydawnictwo Naukowe Katedra (wydanie drugie), s. 233.

[120] Harry Cleaver, Praca w szkole i praca przeciwko pracy w szkole, „Przegląd Anarchistyczny” nr 13 jesień/zima 2012, s. 66.

[122] List JM rektory Akademii Sztuki w Szczecinie do studentów i studentek, https://www.akademiasztuki.eu/as/wiadomosci/2020-10-list-jm-rektory-akademii-sztuki-w-szczecinie-do-studentow-i-studentek (dostęp: 30.10.2020)

[124] Por. Karolina Słowik, Po demonstracjach Czarnek straszy uczelnie. "Mogą się pożegnać ze środkami na badania", „Gazeta Wyborcza”, 29 października 2020, https://wyborcza.pl/7,75398,26455607,po-demonstracjach-czarnek-straszy-uczelnie-moga-sie-pozegnac.html?fbclid=IwAR17XAWRsGcsxVgnYCVCvZ0l1cxkyxk7dWuAdGqINFy6L8qnsLHhhJZV7DM#s=BoxWyboMT (dostęp: 29.10.2020)

[125] Tamże.

[126] Por. Stanowisko Senatu ASP w Gdańsku w sprawie wyroku Trybunału Konstytucyjnego, http://zbrojowniasztuki.pl/wydarzenia/aktualne-wydarzenia/stanowisko-senatu-asp-w-gdansku-w-sprawie-wyroku-trybunalu-konstytucyjnego-,3122 (dostęp: 30.10.2020)

[127] Cyt. za: Lipińska Maria, Rektorzy zabrali głos po groźbach Czarnka. "Władze komunistyczne poddawały uniwersytety presji ideologicznej", „Gazeta Wyborcza”, 31.10.2020, https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,26465326,rektorzy-zabrali-glos-po-grozbach-czarnka-wladze-komunistyczne.html?fbclid=IwAR3lWh5DbGWqaoJu3JwSvK2SWCmZeUsTJ4WePqMjmJ5eUVgdLCwBYEi-wG0#s=BoxMMt1 (dostęp: 31.10.2020)

[128] Por. Strzałkowski Patryk (oprac.), Przemysław Czarnek znów grozi rektorom uczelni konsekwencjami ws. protestów. "Nie mogę milczeć", „Gazeta Wyborcza” 31.10.2020, https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,26466837,przemyslaw-czarnek-znow-grozi-rektorom-uczelni-konsekwencjami.html?fbclid=IwAR3_ZkObD8RuATnlyQUKPeVaUB9RT8h02OZ0_Yn-ppvjZngQRvlx3kNHfkI#s=BoxMMt3  (dostęp: 31.10.2020)

[129] Por. Komunikat Rektora UAP skierowany do Studentek i Studentów UAP, https://uap.edu.pl/wp-content/uploads/2020/10/Komunikat-Rektora-UAP-skierowany-do-Studentek-i-Student%C3%B3w-UAP.pdf  (29.10.2020)

[130] Ivan Illich, Odszkolnić społeczeństwo, przeł. Łukasz Mojsak, Wydawnictwo Bęc Zmiana, Warszawa 2010, s. 93.

[131] Beverly J. Silver, Globalny proletariat. Ruchy pracownicze i globalizacja po 1970 r., przeł. Marcin Starnawski, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Biblioteka Le Monde Diplomatique, Warszawa 2009, ss. 158-164.

[132] Tamże, s. 163.

[133] Tamże, s. 164.

[134] Tamże s. 164.

[135] Por. Argentyna. Profesor zmarła na COVID-19 podczas wykładu online dla niemal 40 studentów (paz), „Gazeta Wyborcza”, 07.09.2020, (dostęp: 18.09.2020). Por. Por. także: Wykładowczyni zmarła na COVID-19 w trakcie wykładu na Zoomie (red.), „Krytyka Politycza”, 6 września 2020, (dostęp: 18.09.2020).

[136] Por. Firozi Paulina, Noori Farzan Antonia, „The Washington Post”, 5 September 2020, https://www.washingtonpost.com/world/2020/09/05/paola-desimone-college-professor-coronavirus/ (dostęp: 31.10.2020) Por. także: Steinbuch Yaron, Professor collapses and dies in front of virtual class amid COVID-19 symptoms, „New York Post”, 7 September 2020, https://nypost.com/2020/09/07/professor-dies-in-front-of-virtual-class-amid-covid-19-symptoms/ (dostęp: 31.10.2020)

[137] Harry Cleaver, Praca w szkole i praca przeciwko pracy w szkole, „Przegląd Anarchistyczny” nr 13 jesień/zima 2012, s. 66.

[138] Por. Polasik Krzysztof, Zwolnienia na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu!, „Radio Poznań”, 06.10.2020, http://radiopoznan.fm/informacje/pozostale/zwolnienia-na-uniwersytecie-artystycznym-w-poznaniu (dostęp: 31.10.2020)

[139] Aleksander Temkin, Przeżycie jako zysk. Kim chcemy być po drugiej stronie pandemii?, „Polska Times”, 25 marca 2020, https://polskatimes.pl/przezycie-jako-zysk-kim-chcemy-byc-po-drugiej-stronie-pandemii/ar/c15-14878933 (dostęp: 21.07.2020)

[140] Por. Biuletyn Informacji Publicznej UAP, http://bip.uap.edu.pl/?fbclid=IwAR30DDGGvHSEC_-o2hn_1mTPcUhbzltEbR7JwR6n2-1pNH4Q9-fZCVLAvv4#1 (dostęp: 10.10.2020)

[141] Oskar Szwabowski, Nekrofilna produkcja akademicka i pieśni partyzantów, Instytut Pedagogiki Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 2019, s. 314.

[142] Tamże, s. 289

[143] Oskar Szwabowski, Przeciwko subsumcji, [w:] Subsumcje edukacji, red. naukowa: Maksymilian Chutorański, Jacek Moroz, Oskar Szwabowski, Wydawnictwo Naukowe Katedra (wydanie drugie), s. 257.

[144] Tamże, s.234.

[145] Tamże, s. 274.

[146] Jacques Derrida, Uniwersytet bezwarunkowy, tłum. Kajetan Maria Jaskander, Wydawnictwo Libron, Kraków 2015, ss. 17-18.

[147] Bell Peter, Cleaver Harry, Teoria kryzysu jako teoria walki klas, przeł. Krzysztof Król, Wydawnictwo A+, Poznań 2017, s. 194.

[148] Guy Standing, Prekariat. Nowa niebezpieczna klasa, przeł. Krzysztof Czarnecki, Paweł Kaczmarski, Mateusz Karolak, red. Maciej Szlinder, Warszawa 2014, s. 314.

Cytat Tylko śpiący widzi swój sen TOTMES

Sonda

Czy istnieje wolna wola?

zobacz wyniki